007 First Light – recenzja. James Bond wreszcie wrócił w wielkim stylu

21 godzin temu

007 First Light przed premierą była obietnicą, w którą bardzo chciałem uwierzyć. James Bond w rękach IO Interactive? Studio od Hitmana wzięło się za szpiega, który od premiery GoldenEye 007 aż prosił się o współczesną grę z prawdziwego zdarzenia? To brzmiało zbyt dobrze. I właśnie dlatego podchodziłem do tej produkcji z dużą ostrożnością. Agent 007 w grach miał swoje piękne momenty, ale były też lata przeciętności i produkcji, o których lepiej pamiętać tylko z sentymentu. Nie zbudowałem żadnych oczekiwań i prawdopodobnie dzięki temu bawię się przy 007 First Light wybornie.

IO Interactive postawiło na historię młodego Bonda, jeszcze nie w pełni uformowanego, bardziej bezczelnego niż eleganckiego, bardziej impulsywnego niż chłodno profesjonalnego. I to był dobry wybór. Zamiast grać nieśmiertelną ikoną, dostajemy człowieka, który jeszcze zanim został agentem uczy się tego, czym jest życie w świecie wywiadu. Wraz z nim poznajemy wszystkie ikoniczne postaci z uniwersum.

Q, gadżety i subtelny product placement bondowskich zegarków Omega.

Bond w 007 First Light to nie Hitman w garniturze. To dobrze i źle

Największą zaletą 007 First Light jest to, iż gra nie próbuje być po prostu Hitmanem z innym bohaterem. Są tu oczywiście misje oparte na infiltracji, podsłuchiwaniu rozmów, obserwowaniu lokacji i szukaniu okazji do wejścia tam, gdzie nie powinno nas być. W takich momentach czuć rękę IO Interactive najmocniej. Wystawne przyjęcia, pilnie strzeżone obiekty, eleganckie wnętrza i rozmowy prowadzone półsłówkami budują atmosferę szpiegowskiego thrillera. Robią to lepiej niż niejeden filmowy Bond ostatnich lat. Co ciekawe, pierwsze liniowe, treningowe misje zupełnie nie sugerują tego, co nadchodzi na dalszych etapach gry.

W grze o przygodach Jamesa Bonda nie mogło zabraknąć pięknych, szybkich samochodów.

Mimo to 007 First Light jest grą bardziej reżyserowaną niż Hitman. Hitman dawał graczom ogromną piaskownicę i kazał kombinować. Bond częściej zachęca do kombinowania, ale w ramach sceny, którą przygotowano dla graczy. Czasami to działa świetnie. Tempo jest bardziej filmowe, a gra płynnie przechodzi od skradania do pościgu, od rozmowy do bijatyki, od cichej infiltracji do spektakularnej ucieczki. Czasami miałem jednak poczucie, iż IO Interactive nie wykorzystuje swoich największych talentów. Dlaczego? Po to, aby nie stworzyć Agenta 47 w ciele agenta 007.

To nie oprych, to gadżeciarz

Najlepsze fragmenty gry to te, w których możemy poczuć się jak prawdziwy agent, a nie jak żołnierz lub – co gorsza – bierny obserwator wydarzeń. Oczywiście elementów QTE nie brakuje (da się je zautomatyzować), ale… Gdy obserwowałem otoczenie, podsłuchiwałem oponentów, znajdowałem boczne wejście, wykorzystywałem gadżet albo wyciągałem informację z rozmowy, 007 First Light potrafił pokazać pazur. To prawda, czasami 007 First Light zbyt mocno zamienia się w liniową strzelaninę, a czar lekko pryska. Strzelanie jest bowiem co najwyżej poprawne, walka wręcz ma przyjemny ciężar, ale to nie one są powodem, dla którego ta gra zapada w pamięć. Są nimi historia i budowanie narracji.

Swoją drogą, to właśnie mnogość gadżetów i licencja na zabijanie tylko w razie otwarcia ognia ze strony przeciwników czynią z nowego Bonda wciągającą przygodę. Bohater nie może strzelać jako pierwszy, co dodaje zabawie szczypty emocji. Mnogość gadżetów pozwala rozwiązywać problemy związane z oponentami na naprawdę wiele sposobów, przez co opcja użycia siły skutkująca niezbyt angażującą walką jest ostatecznością.

Najbardziej podobało mi się to, jak często produkcja próbuje łączyć elegancję z chaosem. Bond potrafi wejść na salony, rzucić kilka błyskotliwych uwag, a chwilę później ratować sytuację w kompletnie nieplanowany sposób. To właśnie ten kontrast daje grze charakter, bo za to przecież pokochaliśmy przygody Jamesa Bonda. Nie wszystko jest idealnie dopracowane. Nie każda sekwencja akcji ma tę samą siłę, ale całość ma energię, której tej marce w grach brakowało od bardzo dawna.

Technicznie to pokaz siły DLSS 4.5, ale będzie też path tracing

007 First Light jest też jedną z gier, przy których trudno udawać, iż technologia renderowania nie ma znaczenia. To bardzo filmowa produkcja. Mocno oparta na świetle, odbiciach, gęstych wnętrzach, dużych lokacjach i scenach, które mają wyglądać jak kadr z wysokobudżetowego thrillera. Na mocnym pececie gra potrafi wyglądać dobrze, choć dopiero nadchodząca aktualizacja wprowadzająca path tracing doda fotorealistyczne oświetlenie. Na ten moment gracze mogą cieszyć się z DLAA oraz DLSS 4.5 z MFG.

DLSS 4.5 oraz Dynamic Multi Frame Generation robią tu dokładnie to, co zapowiadała NVIDIA. Przy MFG x2 wzrost płynności jest wyraźny, bo niemal dwukrotny. Przy x4 oraz x6 (dostępnego z menu gry, a nie NVIDIA App) różnica jest zwielokrotniona i dużo bardziej spektakularna. 480 klatek na sekundę zamiast 80 w rasteryzacji na maksymalnych detalach z DLAA w 1440p? Żaden problem.

Jednocześnie, na maksymalnych detalach, z włączonym DLAA, na karcie NVIDIA GeForce RTX 5080, procesorze Intel Core i9-13900K i przy 32 GB pamięci RAM DDR5 gra w rozdzielczości 1440p działała w zależności od lokalizacji w 80-100 klatkach na sekundę. choćby bez MFG jest dobrze, co oznacza, iż optymalizacja gry jest po prostu bardzo dobra.

Na co dzień gram z Dynamic Multi Frame Generation, aby możliwie najlepiej wykorzystać swój 240-hercowy monitor i niepotrzebnie nie zwiększać opóźnienia przy MFG x4 lub x6. Gra w tym trybie sama stara się utrzymać poziom klatek możliwie blisko poziomu odświeżania monitora. Warto pamiętać, iż tytuł ten wykorzystuje także technikę NVIDIA Reflex, która jest aktywowana automatycznie po włączeniu Frame Generation. W ten sposób redukowane są opóźnienia wywoływane przez działające skalowanie DLSS.

DLSS 4.5 daje wyraźnie czystszy, stabilniejszy i ostrzejszy obraz niż FSR w grze. Lepiej radzi sobie z drobnymi detalami, ruchem i zachowaniem filmowego charakteru obrazu. FSR 3.1 spełnia swoją podstawową funkcję, ale w tej konkretnej grze wypada po prostu słabiej. W ruchu łatwiej zauważyć niestabilność obrazu, migotanie i niższą ostrość. To nie znaczy, iż na Radeonach nie da się grać. 007 First Light jest po prostu tytułem, w którym to posiadacze kart GeForce RTX dostają odczuwalnie lepszy zestaw narzędzi.

Bond wraca w dobrej formie, choć nie bez potknięć

Największą siłą 007 First Light jest ogólne poczucie, iż ktoś wreszcie potraktował Bonda jak materiał na porządną grę, a nie tylko licencję do wykorzystania. Lokacje są różnorodne, tempo akcji wysokie, a młody James Bond ma w sobie wystarczająco charakteru, żeby unieść tę historię. Nie jest to jednak gra idealna.

Gdy natężenie akcji rośnie, robi się paradoksalnie nudniej, a niektóre mechaniki są prostsze, niż sugerowałby rodowód IO Interactive. Czasem czuć, iż twórcy mogli pójść odważniej w stronę większej swobody, bardziej złożonych lokacji i głębszego szpiegowskiego kombinowania. Najbardziej żałowałem właśnie tych momentów, w których gra była tylko dobra, choć przez chwilę wcześniej pokazywała, iż mogłaby być znakomita.

Mimo tego 007 First Light zostawiło mnie z poczuciem dobrze rozpoczętej nowej ery Bonda w grach. To produkcja filmowa, efektowna i miejscami naprawdę ekscytująca. Nie zawsze dorównuje najlepszym momentom Hitmana, ale nie musi. Jej celem jest coś innego: sprawić, żebyśmy przeżyli wspólnie wydarzenia mające miejsce zanim Bond stał się legendą. I to się udało znakomicie.

007 First Light da się odebrać za darmo, ale trzeba się pospieszyć

Jeszcze do 10 czerwca potrwa promocja, w ramach której 007 First Light można otrzymać za darmo przy zakupie wybranych kart desktopowych GeForce RTX serii 50 i wyposażonych w nie komputerów stacjonarnych lub laptopów.

Od dnia oficjalnej premiery, czyli 27 maja, gra jest również dostępna w usłudze GeForce NOW. Osoby, które do 10 czerwca włącznie kupią 12-miesięczną subskrypcję Ultimate, także mogą otrzymać cyfrową kopię gry w cenie subskrypcji.

Idź do oryginalnego materiału