31% finiszerów. Justyna Jarczok wygrywa Dales Divide – wywiad

magazynbike.pl 12 godzin temu

Dales Divide to 600-kilometrowa trasa przecinająca Anglię, rozgrywana w formule bikepackingowej podczas wielkanocnego weekendu. Start i meta znajdują się w Arnside w hrabstwie Cumbria, a zawodnicy jadą przez kraj do Scarborough, po czym wracają na zachodnie wybrzeże. To jeden z najpiękniejszych, ale też najtrudniejszych wyścigów tego typu w Wielkiej Brytanii.

Tegoroczna edycja odbyła się w rekordowo trudnych warunkach pogodowych- ukończyło ją zaledwie 31% startujących. Na starcie pojawiła się jedna Polka- Justyna Jarczok. Wygrała klasyfikację kobiet i zajęła 16. miejsce w open.

Lubisz, jak jest Ci zimno?
Nie, nie lubię. Nie znam nikogo, kto lubi marznąć.

Czy spodziewałaś się, iż ten wyścig będzie aż tak trudny pod względem pogody?
Tak, absolutnie. To nie było zaskoczenie. Pogoda była zapowiadana od dawna, były ostrzeżenia meteorologiczne, wszyscy wiedzieli, co nadchodzi. choćby w social mediach krążyły materiały o sztormie „Dave”, więc to było trochę takie hasło przewodnie tego wyścigu. Trzeba było się z tym pogodzić jeszcze przed startem.

Da się przygotować na 600 kilometrów w temperaturach bliskich zera i ciągłym deszczu?
Nie do końca. Możesz się przygotować mentalnie i sprzętowo, możesz mieć plan, ale takich warunków nie jesteś w stanie w pełni odtworzyć wcześniej. To zawsze będzie trochę improwizacja.

Jak wyglądały realne warunki na trasie?
Nie sprawdzałam dokładnie temperatury, ale myślę, iż w ciągu dnia było jakieś 5–7 stopni. najważniejsze było to, iż było mokro praktycznie cały czas.

Byłaś cały czas mokra?
Tak. Przynajmniej przez pierwsze 24 godziny. To była jazda w mokrych spodenkach, bez przerwy.

Dlaczego nie zdecydowałaś się od razu na odzież wodoodporną?
Bo ona nie działa tak, jak byśmy chcieli. Nie ma czegoś takiego jak w pełni wodoodporna odzież w takich warunkach. Prędzej czy później i tak przemokniesz – albo od deszczu, albo od własnego potu. Musiałabym jechać w workach na śmieci.

Czyli jaka była Twoja strategia na start?
Zaczęłam w normalnych warstwach. Cienka bluza z długim rękawem, kurtka i kamizelka, która trochę chroniła klatkę piersiową i była lekko wodoodporna. Wodoodporne rzeczy zostawiłam na później.

Kiedy pojawił się moment na ich użycie?
Wieczorem, kiedy przestało padać. Wtedy miałam szansę trochę przeschnąć. I dopiero wtedy założyłam wodoodporne rzeczy.

Czyli nie zakładałaś ich na mokre ubrania?
Nie, to nie ma sensu. Najpierw trzeba dać sobie szansę wyschnąć, a dopiero potem się chronić.

I to faktycznie zadziałało?
Tak, bardzo. Po całym dniu jazdy w deszczu nagle zrobiło się ciepło i komfortowo. To był istotny moment.

Ile warstw miałaś na sobie w trakcie jazdy?
zwykle trzy. To wystarczało.

Co z rękami i stopami – to często najtrudniejsze elementy w takich warunkach?
Miałam trzy pary rękawiczek – cienkie, zimowe i takie „awaryjne”. Zmieniałam je bardzo często, choćby co godzinę, żeby dopasować się do warunków.
Jeśli chodzi o stopy – skarpetki wodoodporne i buty z Gore-Texu. Wszystko przemokło bardzo szybko, ale skarpetki zrobiły robotę, bo nie zmarzłam.

Jak oceniasz skarpetki wodoodporne?
Działają, ale mają jedną wadę – jak je zdejmiesz, to praktycznie nie da się ich ponownie założyć na mokre stopy. Więc jak już w nich zaczynasz, to najlepiej w nich skończyć.

Kiedy pierwszy raz zdjęłaś buty?
Dopiero drugiej nocy, kiedy musiałam się schować przed sztormem.

Skąd bierzesz wiedzę o tym, co działa w takich warunkach?
Z doświadczenia. Jeżdżę dużo i w różnych warunkach. Nie ma innej drogi – trzeba to przeżyć i sprawdzić na sobie.

Twoja kariera wyścigowa na najwyższym poziomie jest stosunkowo świeża. Jak gwałtownie się tego nauczyłaś?
Każdy wyścig jest inny. Możesz wyciągać wnioski, ale nigdy nie trafisz na identyczną sytuację. To proces.

Największy błąd na tym wyścigu?
Za późno sprawdziłam klocki hamulcowe. Po około 200 kilometrach praktycznie ich nie miałam i musiałam jechać do końca w takiej sytuacji.

To ryzykowne.
Bardzo. Na trasie był tylko jeden sklep rowerowy i to na początku. Później nie było opcji naprawy.

Drugi błąd?
Telefon w trybie samolotowym. Nie sprawdziłam komunikatu na grupie wyścigowej o czerwonym alercie pogodowym i zakazie wjazdu na przełęcz.

Co się stało?
Wjechałam tam, gdzie nie powinnam. Musiałam zawracać. Strata czasu i niepotrzebne ryzyko.

Czyli w ultra informacja to podstawa?
Tak. To potrafi zmienić wszystko.

Opowiedz o sprzęcie – co miałaś ze sobą?
W torbie w ramie miałam tylko jedzenie – żele, batony, później rzeczy kupowane po drodze.
W górnej torbie rzeczy podręczne – powerbank, czołówka, krem, multitool.
Na dole zestaw naprawczy- dętki, łyżki, spinki, zapasowe klocki, CO2, zestaw do szycia.
Na plecach – bukłak z wodą i dodatkowe rzeczy kupowane w sklepach.

A odzież zapasowa?
W plecaku: spodnie wodoodporne, kurtka wodoodporna, kamizelka z Primaloftu, kamizelka wiatroodporna, trzy pary rękawiczek, trzy pary skarpetek, buff, czapka pod kask.

Miałaś sprzęt do spania?
Nie. Tylko awaryjne bivi przypięte pod siodełkiem. Nie użyłam go ani razu – to był sprzęt „na wypadek”.

Jak wygląda planowanie trasy w takim wyścigu?
Tutaj było łatwiej, bo organizator dostarczył GPX z punktami – sklepy, woda, schroniska. To duże ułatwienie.

Jak często trafia się cywilizacja na trasie?
Regularnie, ale to raczej małe punkty – kawiarnie, sklepy. To nie jest totalna pustka.

Masz plan tempa przed startem?
Nie. To nie działa. Warunki zmieniają wszystko. Plan jest aktualizowany cały czas.

A sen?
Planowałam krótką drzemkę, ale przez sztorm musiałam zatrzymać się wcześniej na 6–7 godzin. Nie było wyboru.

Mimo tego wygrałaś. Kiedy wiedziałaś, iż jesteś na dobrej drodze?
Przyjechałam tam z nastawieniem na wygraną. Jadąc z przodu, widziałam swoją przewagę i wiedziałam, gdzie mogę ją budować.

Twoje najmocniejsze strony?
Technika jazdy, szczególnie w terenie i na zjazdach.

A słabe?
Czasem decyzje pod wpływem emocji. Na przykład ignorowanie momentu na uzupełnienie zapasów.

MTB czy gravel – co wybierasz?
MTB daje mi więcej frajdy. To bardziej dzikie, bardziej eksploracyjne.

Jak wybierasz wyścigi?
Im bardziej odległe i wymagające, tym lepiej.

Lubisz jeździć sama?
Nie ma innej opcji.

O czym myślisz podczas jazdy?
O wszystkim. choćby o takich rzeczach jak otwieranie bramek na trasie. To są momenty, które odrywają od monotonii.

Słuchasz czegoś w trakcie?
Tym razem tylko muzyki. Bez podcastów.

Jeden utwór, który będzie Ci się kojarzył z tym wyścigiem?
„Ramble On” Led Zeppelin.

Wygrywasz wyścig… i chwilę później kradną Ci rower*. Jak to wpływa na odbiór całej historii?
Nie wpływa. To są dla mnie dwie osobne rzeczy.

Masz osobisty stosunek do swojego roweru?
Oczywiście. Każdy element jest dobrany i przemyślany. Nie ma drugiego takiego roweru.

Ma imię?
Nie.

Co dalej?
Kolejny start, bardziej gravelowy, szybszy. Traka.

Cel?
Top 10 to światowa czołówka. Top 20 to już bardzo dobry wynik.

A piwo po wyścigu?
Zawsze.

*Rower został skradziony w drodze na lotnisko w Leeds, o północy na stacji benzynowej, przez ekipę na elektrykach, która zabrała go “na plecy”. Dzięki pomocy całej sieci ludzi dobrej woli finalnie po dwóch dniach udało się go odzyskać, bez lampek i GPS oraz… przedniego hamulca.

Rozmawiał Grzegorz Radziwonowski, zdjęcia: Justyna Jarczok

Idź do oryginalnego materiału