Coll de Rates i okolice Calpe – miejsce, w którym kolarstwo dzieje się na żywo

magazynbike.pl 3 dni temu

Dlaczego nie ma lepszego miejsca na świecie dla fana kolarstwa szosowego niż okolice Calpe, przynajmniej na początku sezonu? Bo nagle okazuje się, iż jeździ się nie tylko po tych samych trasach co profesjonaliści – w dodatku w cieple, w środku zimy – ale też, iż oni sami są tu zaskakująco dostępni. Nie jako odległe postacie z transmisji telewizyjnych, tylko jako realni ludzie na treningu: mijani na podjazdach, spotykani pod kawiarnią, widziani z bliska, bez barierek i ochrony.

Symbolem tej dostępności i kolarskiej magii regionu stał się Coll de Rates. Przez ostatnie miesiące prawdopodobnie najgorętszy podjazd na świecie. Sześć i pół kilometra, średnio 5,5%, setki przejazdów dziennie i segment, który dosłownie świeci na mapach Stravy. Dla zawodowców to idealne miejsce do testów i treningu – równy, regularny, bez płaskich odcinków i bez ostrych zakrętów. Dla amatorów: punkt odniesienia. Miernik. Moment prawdy.

Każdy, kto zimą przyjeżdża na Costa Blanca, prędzej czy później trafia na Coll de Rates. Zespoły WorldTour mają swoje bazy w Calpe, Altei czy Benidormie, a długie treningi niemal zawsze prowadzą w głąb lądu, właśnie tam. Amatorzy z całej Europy przyjeżdżają tu „na słońce”, ale też na polowanie na prosów – porównując swoje czasy i przejazdy z zawodowcami, których na co dzień oglądają w telewizji. Albo jadą i niby skupiają się na jeździe, a tak naprawdę mają oczy dookoła głowy, żeby nie przegapić okazji upolowania kolejnej gwiazdy.

To tu Jonas Vingegaard jeszcze jako zawodnik kontynentalny pojechał czas, który urósł do rangi legendy. To tu Tadej Pogačar, perfekcyjnie poprowadzony przez kolegów z UAE, zszedł poniżej dwunastu minut. Poprawiając zresztą własny rekord podczas długiego, ponad 200-kilometrowego treningu… I to właśnie tu każdy amator może – przynajmniej w teorii – spróbować tego samego. Pojechać tą samą drogą, w tych samych warunkach i boleśnie przekonać się, jaka przepaść dzieli świat WorldTouru od reszty peletonu. Chyba nigdzie na świecie nie widziałem równie urozmaiconej grupki, stojącej w kolejce by zacząć powtórzenia, co na dole w Parcent! To były wszystkie chyba aktualne koszulki tego sezonu. A za rogiem parkowały teamowe auta z DSami.

Na Coll de Rates byłem miesiąc temu, ale nie tym razem.

Bo magia Calpe i regionu Walencji nie kończy się na jednym segmencie. To region, w którym kolarstwo nie jest wydarzeniem od święta. Ono jest codziennością. Byłem na Tour de France i Tour de Pologne, widziałem tłumy, barierki, kolarstwo szczelnie oddzielone od kibiców. Tymczasem podczas Volta a la Comunitat Valenciana mogłem bez problemu przejechać rowerem (!) wśród wozów teamowych albo kibicować z tego samego roweru podczas jazdy indywidualnej na czas. Bez napinki, bez ścisku, bez poczucia, iż stoję po niewłaściwej stronie sportu.

Co więcej – nie pojechałem tam specjalnie „na wyścig”. Trasa po prostu przypadkiem przecięła się z pętlą mojej bikepackingowej jazdy. I to chyba najlepiej oddaje charakter tej okolicy: kolarstwo samo wchodzi ci w drogę. Zawodnicy później, kolejnego dnia zdobywali Miserat – legendarny, stromy podjazd obok Pego, gdzie mieszkałem – przejeżdżali przez miasteczko, wpisywali się w zwykły rytm dnia. Tu naprawdę czuć, iż region – przynajmniej o tej porze roku – żyje kolarstwem.

Dlatego możliwość zobaczenia w akcji takich zawodników jak Remco, który zresztą wygrał tę etapówkę, jest czymś wyjątkowym. Bo dopiero na żywo widać, co tak naprawdę dzieli prosów z poziomu WorldTour od zwykłych śmiertelników. jeżeli sam jeździsz na rowerze, natychmiast zaczynasz doceniać nie tylko prędkości, ale też technikę, płynność, kontrolę nad rowerem. Rzeczy, których nie da się w pełni oddać żadną transmisją.

Ja trafiłem na trasę czasówki pod Carlet akurat wtedy, gdy wiał huraganowy wiatr. Zawodnicy musieli zmagać się z nim na rowerach czasowych – a raczej próbować nad nim zapanować. Finalnie, ze względów bezpieczeństwa, takie rowery zakazano. I mogę to potwierdzić z własnego doświadczenia: jadąc wtedy pod wiatr wyciągałem może… 15 km/h. Dosłownie urywało głowę.

I właśnie dlatego Coll de Rates jest idealną klamrą tej historii. To nie jest tylko podjazd z rekordem Stravy. To miejsce, w którym spotykają się światy: zawodowcy i amatorzy, legenda i codzienny trening, marzenia i twarda rzeczywistość. jeżeli gdzieś na świecie można naprawdę poczuć współczesne kolarstwo szosowe – nie jako widowisko, ale jako żywy organizm – to właśnie tutaj, między koło Calpe, Parcent, Denii czy Pego. Na drodze, która dla jednych jest tylko kolejnym treningiem, a dla innych spełnieniem bardzo konkretnego, kolarskiego snu.

Funny fact – patrząc dziś na Stravę miałem wrażenie iż większość przejazdów moich polskich znajomych pochodziło z okolic Calpe! Niemożliwe? A jednak! Jazda to jedno, mieszkanie drugie – dlatego jako punkt startowy niezmiennie polecam Pego i ekipę z pego.cc. Właśnie wykańczają część socjalną i kuchnię dla gości!

Pego.cc – dlaczego to nie jest Calpe. I bardzo dobrze.

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski

Idź do oryginalnego materiału