
Może to po prostu nasza cecha narodowa: hałas większości nie tylko nie przeszkadza, ale jest wręcz niezbędny do egzystencji.
Mężczyzna kosi podkosiarką wjazd na posesję. Drogą na działkę raz w jedną, raz w drugą stronę pędzi młody chłopak na niedużym, ale głośnym quadzie. Pojazd jest niewielkich rozmiarów, ale skutecznie radzi sobie w walce z kosiarką, nie dając się przekrzyczeć. Z daleka – bardzo daleka – słychać i jeden, i drugi sprzęt. Wszystkiemu przygląda się kobieta, która co jakiś czas staje się epicentrum hałasu – to przy niej wykręca chłopak, obok niej kosi mężczyzna, więc wszystkie dźwięki kumulowały się dokładnie tam, gdzie stała. Podziwiam, iż może to wytrzymać, ale może wcale nie ma czego – to normalna sytuacja.
Przechodząc obok tej rodziny wszystko stało się jasne. Mężczyzna pracował, a chłopak się bawił. Wspólnym mianownikiem był hałas. Obie te aktywności były przeciwieństwem: jak mniemam syn zabijał nudę, a ojciec wykonywał narzucone przez siebie obowiązki. Dwie tak różne czynności brzmiały tak samo, hałas niwelował wszelkie różnice. jeżeli zabawa ma być przeciwieństwem pracy to tutaj tego nie było słychać – hałas był niezbędnym składnikiem jednego i drugiego. Hałas jest dowodem na to, iż coś się robi.
Oczywiście wiem, iż wiele rozrywek jest głośnych. Koncerty, kluby, mecze, wiece poparcia itd. – są pozytywne, a jednocześnie bywają też intensywne pod względem dźwiękowym, czasami aż za bardzo. Ale to jednak zupełnie inny typ hałasu, szczególnie gdy porównamy go z jednostajnym dźwiękiem podkaszarki i niedużego quada. Tu dźwięk pracy i zabawy był taki sam, wręcz dokładnie taki sam.
Później w lesie mijał nas mężczyzna na niedużym motorku. Zanim go zobaczyliśmy, mogliśmy go usłyszeć – i to dużo wcześniej. Warkot silniczka niósł się długo. Kiedy motocyklista się wyłonił, widok był raczej zabawny. Pojazd wyglądał na dziecinny. Niewykluczone, iż jego moc nadrabiała i motor bez problemu pokonywał piaszczyste wzniesienia, ale i tak po dźwiękach można było spodziewać się czegoś więcej. Co najmniej jakiegoś wyczynowego, wysokiego rumaka, a może i choćby quada. Rzecz jasna niczego by to nie zmieniało i usprawiedliwiało, ale przynajmniej nie byłoby tak wiele hałasu o nic.
Może jednak wcale nie chodziło o to, jak pojazd wygląda, ani czy nie zakopuje się w piachu, ani jak gwałtownie rozpędza się do przyzwoitej zdaniem kierującego prędkości. Ważne, iż hałasuje. W lesie nie było słychać nic innego jak tylko dźwięki motorka. Cel został osiągnięty, kierujący pojazdem zapanował nad lasem – wszyscy wiedzieli, iż się zjawił i właśnie się bawi.
Zawsze wydawało mi się, iż hałas jest konsekwencją, efektem ubocznym
Czymś niepożądanym, ale koniecznym, bo inaczej się nie da. Szybki samochód musi hałasować. Kosiarka musi hałasować.
A co, jeżeli hałas jest główną motywacją? Wyobraziłem sobie, iż ten mały chłopak na quadzie wcale nie musiał jechać akurat tym pojazdem. Pęd można poczuć na rowerze elektrycznym.
Mężczyzna wcale nie musiał kosić trawy, podjazd nie był zarośnięty. Roślinność nie stwarzała zagrożenia, bo przez cały czas doskonale widać byłoby każdego, kto z tej drogi by wyjeżdżał, tak samo nieukryte byłyby auta nadjeżdżające z dwóch stron. A jeżeli choćby trawa tak bardzo przeszkadza, to można użyć kosy i nie męczyć się dźwiękami.
Emocje w jeździe po lesie gwarantuje każdy rower, a choćby spacer – nie żartuję. Ktoś żachnie się, iż takiej adrenaliny nie da się porównać, ale uwierzcie mi, iż ten motor nie był ani duży, ani wygodny, ani specjalnie prędki. Był po prostu głośny i nie jestem w stanie znaleźć innego powodu, dla którego akurat taki pojazd powstał. Ktoś lubi jak jest głośno – i tyle. Hałas występuje nie dlatego, iż coś się robi – robi się coś po to, żeby był hałas.
Przejeżdżając przez kilka miejscowości dźwięk zawsze był ten sam: dźwięk kosiarek. Gdzieniegdzie sucha, żółtawa trawa sugerowała, iż koszenie się już odbyło, a tam, gdzie kosiarka jeszcze nie pracowała, należało się spodziewać, iż zaległości gwałtownie zostaną nadrobione. To wręcz fascynujące zjawisko, które przechodziło przez podwórka jak fala. Kosiarkowe domino: jeden sąsiad zaczął i już poszło, nie da się tego powstrzymać.
Zawsze myślałem, iż ta mania koszenia wynika przede wszystkim z poczucia pewnego obowiązku, połączonego z nieumiejętnością odpoczywania. Trzeba pracować, dbać o ziemię, bo zarośnięte to niczyje. Ma to swoje konsekwencje środowiskowe, ale to po prostu kolejny efekt uboczny – tak naprawdę wcale nie chodzi o podporządkowanie sobie przyrody, okiełznywanie jej choćby w tak niewielkim fragmencie. Po części pewnie też, ale głównym winowajcą jest ten strach przed nic nie robieniem. Trzeba się czymś zająć.
Z drugiej strony zadbany trawnik to symbol statusu. No właśnie: zadbany. Nie tylko przystrzyżony, ale też odpowiednio zraszany i pielęgnowany. Przyglądając się większości trawnikom zobaczymy, iż mało który tak wygląda. Trawa głównie koszona jest z poczucia obowiązku, nawyku – zawsze w soboty się kosiło i żadna susza tego nie zmieni.
Ale właśnie – może to wszystko tak naprawdę nie ma znaczenia, bo chodzi o hałas
Tylko o ten jednostajny dźwięk, który może i niektórych męczy, ale jest symbolem zwykłej codzienności. Można zgadywać, czy chodzi o zagłuszanie czegoś, czy po prostu to wyraz potwierdzania swojej przynależności. Hałas jako sygnał: jesteśmy, działajmy, wszystko toczy się tak, jak być powinno. Cisza oznaczałaby coś niepokojącego. Podejrzanego. A tak każdy wysyła wyraźną informację: jestem. Znam więcej sposób na wyrażanie obecności, ale chyba się już ich nie pielęgnuje, więc zostało przynajmniej to.
Jestem – mówi przy pomocy kosiarki sąsiad. Jestem – mówi językiem mini-motorka mężczyzna, który wkracza do lasu i sprawia, iż jego obecności nie da się nie odnotować, staje się od razu całym lasem. Prędzej czy później ta potrzeba zaznaczenia bytności przybiera jeszcze bardziej absurdalne formy, dlatego „jestem” mówi też ktoś przejeżdżający sportowym autem pod moim oknem. Cała ulica od razu też to wie, choć jak ja nie ma pojęcia, kto to jest, a dźwięków silnika nie da się odróżnić od innych. Ale skoro przyjęło się, to trzeba zaznaczać trwanie.
Nie udaje się wysłać tego oczywistego sygnału w inny sposób jak tylko hałasem. Sam byłem zaskoczony tym, iż w krótkim czasie naliczyłem mnóstwo działających kosiarek, ale też quadów, które były wożone na przyczepkach w różne miejsca. Już czekał na nie ktoś, kto chciał zakomunikować wszystkim, iż ma wolny czas i spędza go właśnie tak.
Niby wiele się zmienia. Ludzie mają dosyć, protestują, nie chcą hałasu w swojej okolicy. Nic dziwnego, hałas to egoizm. Widać było to doskonale na przykładzie niedawnej imprezy techno organizowanej na dziedzińcu Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. Po prostu ktoś chciał się bawić i się pobawił, nie zważając na otoczenie.
Widać, iż podejście do hałasu jest dziś już inne, próbuje stawiać się granice
A jednak choć jesteśmy coraz bardziej przebodźcowani i zmęczeni, a to ciągle ścieżką dźwiękową weekendów w wielu polskich miejscowościach są dźwięki kosiarek, quadów, motorów, głośnych pojazdów.
„Wręcz nie da się żyć po prostu w miejscowościach, gdzie zabudowa jest gęstsza, co chwilę słychać warkoczące kosiarki” – pisał rok temu Łukasz Łuczaj, apelując o wprowadzenie zakazu koszenia jakichkolwiek terenów do 1 czerwca.
Propozycja – bardzo słuszna – wywołała rzecz jasna mnóstwo kontrowersji. Ktoś porównał zakaz koszenia do zakazywania szczotki do zębów czy sztućców. Absurdalne, ale jednocześnie pokazujące, czym stał się dla wielu hałas – elementem codzienności. A może po prostu elementem… przyjemności?
To rzecz jasna zła wiadomość dla tych, którym hałas przeszkadza.
















