
MON zwiększa aktywność F-16 i śmigłowców po serii rosyjskich prowokacji. Wojsko wzmacnia też system szybkiego reagowania w całej Polsce.
Samoloty rozpoznawcze podlatują pod polskie wybrzeże raz za razem, a w lipcu rosyjski pocisk manewrujący przeleciał około 100 km nad Lubelszczyzną i eksplodował na polu. MON uznało, iż dotychczasowy poziom aktywności trzeba zwiększyć. F-16 i śmigłowce mają być częściej wykorzystywane do ochrony przestrzeni powietrznej, a wojsko wzmacnia również system szybkiego reagowania na zagrożenia w całym kraju.
Więcej F-16, ale MON nie mówi dokładnie ile
Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił decyzję dokładnie wieczorem 3 września. Minister mówi o poszerzeniu ochrony polskiej przestrzeni powietrznej i zwiększeniu aktywności Sił Powietrznych, wymieniając wprost F-16 oraz śmigłowce.
Na razie nie ujawniono jednak najciekawszych szczegółów. Nie wiemy, ile dodatkowych samolotów będzie utrzymywanych w gotowości, czy zwiększono liczbę dyżurnych par myśliwskich, z których baz będą operować ani które typy śmigłowców zostaną zaangażowane. MON nie podało też daty końcowej nowych działań.
Nie chodzi więc o pojawienie się dodatkowych F-16 w polskiej flocie. Zmiana dotyczy raczej sposobu wykorzystywania już dostępnych sił: większej aktywności i umiejętności szybkiej reakcji, gdy radary wykryją podejrzany obiekt.
Taki dyżur nie oznacza, iż myśliwce przez całą dobę krążą nad krajem. Samoloty i załogi pozostają przygotowane do szybkiego startu, a po alarmie mogą zostać skierowane do identyfikacji, przechwycenia lub (jeżeli sytuacja tego wymaga i zostanie wydana odpowiednia decyzja) zwalczania celu.
Rosyjski Ił-20 znowu pojawił się przy polskim wybrzeżu
Decyzja zapadła tego samego dnia, w którym polskie myśliwce musiały ponownie reagować nad Bałtykiem. Około 40 km na północ od Ustki pojawił się rosyjski samolot rozpoznawczy Ił-20.
Maszyna już standardowo leciała z wyłączonymi urządzeniami identyfikacyjnymi. Polskie myśliwce podleciały do niej, zidentyfikowały ją i przeprowadziły przechwycenie. Rosyjski samolot nie wleciał przy tym w polską przestrzeń powietrzną.
Polska przestrzeń nad Bałtykiem sięga nad wody terytorialne, czyli mniej więcej 22 km od wybrzeża. Rosjanie mogą legalnie wykonywać loty dalej nad wodami międzynarodowymi, ale wojskowa maszyna rozpoznawcza lecąca bez aktywnego transpondera przez cały czas wymaga uwagi.
Ił-20 nie jest jednak zwyczajnym samolotem transportowym. To zaawansowana platforma rozpoznania elektronicznego zdolna zbierać informacje o pracy radarów, systemów łączności i innych źródeł emisji elektromagnetycznych. W lipcu opisywaliśmy podobny przelot Iła-20 około 40 km od Kołobrzegu.
Każda reakcja polskich F-16 również może być dla rosyjskich operatorów źródłem informacji. Można obserwować, jak gwałtownie wykryto maszynę, kiedy wystartowały myśliwce i w jaki sposób system obrony reaguje na zbliżenie do granicy.
Rosjanie wracają regularnie
Incydent koło Ustki nie był wyjątkiem choćby w skali ostatnich kilku tygodni. 31 sierpnia polskie myśliwce przechwyciły Iła-20 około 30 km na północ od Łeby. Na początku sierpnia podobne loty wydarzyły się 2 dni z rzędu: maszyny pojawiały się około 60 km od Łeby i 56 km od Koszalina.
Wcześniej były kolejne przechwycenia w lipcu, maju i kwietniu. Schemat pozostaje podobny: rosyjski samolot wykonuje lot nad międzynarodową częścią Bałtyku, często bez aktywnego transpondera i planu lotu, a państwa NATO wysyłają myśliwce w celu identyfikacji i eskortowania maszyny.
Takie zdarzenie samo w sobie nie oznacza przygotowania rosyjskiego ataku. Loty rozpoznawcze i wzajemne przechwycenia zdarzały się także przed pełnoskalową wojną na Ukrainie. Problemem jest częstotliwość i szersze otoczenie, w którym dzieją się teraz te loty. W ciągu ostatnich tygodni doszło bowiem również do znacznie poważniejszych sytuacji niż samolot pozostający po adekwatnej stronie granicy.
Rosyjska rakieta już pokazała, iż granica może zostać przekroczona
30 lipca podczas zmasowanego rosyjskiego ataku na Ukrainę do polskiej przestrzeni powietrznej wleciał pocisk manewrujący Ch-101. Obiekt został wykryty około godz. 3:40, a do reakcji przygotowane były F-16.
Rakieta zniknęła z radarów 6 min później i ostatecznie eksplodowała w pobliżu Tarnawy-Kolonii na Lubelszczyźnie. Szczęśliwie uderzyła w niezabudowany teren, ale w szczątkach znajdował się materiał wybuchowy. Nie był to więc zwykły, pusty wabik.
Ten incydent szczególnie dobrze pokazuje różnicę pomiędzy Iłem-20 a rzeczywistym naruszeniem granicy. Rosyjski samolot nad Bałtykiem może zostać przechwycony i obserwowany, ale dopóki pozostaje nad wodami międzynarodowymi, nie można go po prostu zestrzelić dlatego, iż znalazł się blisko Polski.
Pocisk manewrujący znajdujący się nad terytorium kraju jest zupełnie inną kategorią celu. Problem w tym, iż Ch-101 może lecieć nisko, manewrować i wykorzystywać ukształtowanie terenu, przez co czas pomiędzy wykryciem a koniecznością podjęcia decyzji może być bardzo krótki.
Śmigłowce też mają być bardziej aktywne
Ciekawym elementem komunikatu MON jest wymienienie obok F-16 również śmigłowców. Resort nie wskazał jednak konkretnych typów ani zadań, dlatego nie należy automatycznie zakładać, iż nad Polską pojawią się uzbrojone śmigłowce polujące na rosyjskie drony.
Maszyny wirnikowe mogą uzupełniać system szybkiego reagowania szczególnie na małych wysokościach, wspierać rozpoznanie oraz działania prowadzone już po wykryciu obiektu. Ich zaletą jest możliwość długiego pozostawania nad konkretnym obszarem i operowania znacznie wolniej, niż myśliwiec.
Praktyczny przykład dostaliśmy po lipcowym incydencie. Kiedy Ch-101 zniknął z radarów, do poszukiwania miejsca upadku wykorzystano wojskowy śmigłowiec. W rozbudowanym systemie ochrony nieba nie każdy statek powietrzny musi więc wykonywać to samo zadanie.
Najważniejszą niewiadomą pozostaje to, jak dokładnie MON chce teraz zwiększyć wykorzystanie śmigłowców. Dopóki resort nie poda szczegółów, przypisywanie im konkretnej nowej misji byłoby zgadywaniem.
















