
Po ponad 150 latach archeolodzy ustalili, kto mógł spoczywać w rzymskim sarkofagu z Westminsteru. Trop prowadzi do opata z XI wieku.
Przez ponad 150 lat kamienny sarkofag z londyńskiego opactwa westminsterskiego pozostawał zagadką. Wyryto na nim nazwisko Rzymianina, ale znajdujące się w środku kości należały do człowieka, który żył wiele stuleci później. Teraz archeolog wskazał dwóch możliwych zmarłych. Najbardziej prawdopodobnym kandydatem jest Elfwig, opat Westminsteru zmarły około 1020 r. Rozwiązanie zagadki przybliżyły badania szkieletu, datowanie radiowęglowe i analiza historii samego opactwa. Naukowcy podkreślają jednak, iż identyfikacja nie jest ostateczna.
Na sarkofagu zapisano jedno nazwisko. W środku leżał ktoś inny
W 1869 r. podczas prac przy północnej stronie opactwa westminsterskiego robotnicy wydobyli z ziemi wapienny sarkofag. Na jego ścianie wyryto łacińską inskrypcję poświęconą Valeriusowi Amandinusowi, zamożnemu mieszkańcowi rzymskiego Londynu. Sarkofag wykonano prawdopodobnie w IV w., kiedy Brytania stanowiła część Cesarstwa Rzymskiego.
Z pozoru sprawa wyglądała w miarę sensownie: starożytny grobowiec powinien skrywać szczątki człowieka wymienionego w napisie. Tyle iż na pokrywie widniał wielki łaciński krzyż, wyrzeźbiony najpewniej dopiero w X lub XI w. Ktoś musiał więc wykorzystać stary sarkofag ponownie, setki lat po jego wykonaniu.
Nowe ustalenia przedstawił prof. Warwick Rodwell, archeolog współpracujący z opactwem, w badaniu opublikowanym w Journal of the British Archaeological Association. Badacz uważa, iż w kamiennej trumnie spoczął nie Rzymianin, ale jeden z przełożonych średniowiecznego klasztoru.
Kości miały zaginąć. Po latach znów je znaleziono
Historia odkrycia jest bardziej zawiła, niż przez dekady przypuszczano. Rodwell odnalazł zapis i szkic wskazujące, iż sarkofag odkryto przypadkiem już w 1820 r. Robotnicy uszkodzili wówczas pokrywę, a kości wewnątrz zostały przemieszczone. Gdy grobowiec ponownie wydobyto w 1869 r., szkielet był już w nieładzie.
Późniejsze dokumenty sugerowały nawet, iż szczątki zaginęły. Dlatego podczas konserwacji zabytku w 2016 r. badaczy czekała niespodzianka, bowiem po zdjęciu pokrywy ponownie zobaczyli kości. Można je było wreszcie poddać nowoczesnej analizie. Specjalista James Langthorne ustalił, iż zmarły był mężczyzną w wieku około 35-49 lat i miał mniej więcej 175 cm wzrostu. To istotna zmiana względem XIX-wiecznych ocen, według których w sarkofagu miał spoczywać człowiek nie starszy niż trzydziestoletni.
Próbkę kości przekazano do Scottish Universities Environmental Research Centre. Datowanie radiowęglowe wskazało okres między 987 a 1052 r. To wystarczająco precyzyjny wynik, aby wykluczyć, iż badany szkielet należał do żyjącego kilkaset lat wcześniej Valeriusa Amandinusa.
Wewnątrz kamiennej skrzyni archeolodzy znaleźli również ślady wapna układające się w zarys prostokąta. Zdaniem badaczy ciało umieszczono najpierw w drewnianej trumnie, która przez wieki całkowicie się rozłożyła, a dopiero potem włożono ją do rzymskiego sarkofagu. Monumentalna pokrywa z krzyżem świadczy z kolei o wyjątkowo wysokiej pozycji zmarłego.
Podobne szczegóły pochówku potrafią powiedzieć archeologom więcej, niż zachowane dokumenty. W Gdańsku dla przykładu bogato zdobiona płyta nagrobna pozwoliła badaczom powiązać odnaleziony szkielet z pochówkiem średniowiecznego rycerza. W Westminsterze to połączenie symboliki grobowca, dat i miejsca pochówku naprowadziło badacza na opatów.
Najmocniejszy trop prowadzi do opata Elfwiga
Rodwell przeanalizował listę opatów, którzy kierowali Westminsterem pod koniec X i w pierwszej połowie XI w. Jednego z nich, Wulfsige, wykluczył, ponieważ został biskupem w innym miejscu. Pozostali dwaj: Elfwig, zmarły około 1020 r., oraz jego sukcesor Wulfnoth, który zmarł w 1049 r.
Obaj pasują do przedziału wyznaczonego przez badanie kości i obaj mogli otrzymać tak prestiżowy pochówek. Archeolog nie dysponuje jednak inskrypcją z ich nazwiskiem ani innym dowodem pozwalającym rozstrzygnąć sprawę bez wątpliwości. Za Elfwigiem przemawia przede wszystkim jego wcześniejsza przynależność do wspólnoty zakonnej Westminsteru i wieloletnie kierowanie opactwem.
Badacz zrekonstruował też późniejsze losy grobu. Prawdopodobnie pierwotnie znajdował się on wewnątrz anglosaskiego kościoła, a podczas wielkiej przebudowy rozpoczętej za Henryka III szczątki przeniesiono około połowy XIII w. na teren przy zakrystii.
Przenoszenie i ponowne otwieranie pochówków pozostawia ślady, które po stuleciach trzeba bardzo ostrożnie interpretować. Pokazały to również niedawne badania grobu Zosi z Pnia, gdzie archeolodzy odtworzyli kolejne ingerencje dokonane już po pogrzebie.
Sarkofag można dziś oglądać w muzealnych galeriach opactwa westminsterskiego. Jego rzymski napis przez cały czas przypomina o człowieku, dla którego pierwotnie go wykonano, ale szkielet w środku opowiada historię średniowiecznego mnicha. Po ponad 150 latach badacze wiedzą już znacznie więcej o tym, kim mógł być, choć ostateczne potwierdzenie jego nazwiska wciąż pozostaje poza ich zasięgiem.
*Źródło grafiki wprowadzającej: Dominika Gregušová, Pexels / Opactwo westminsterskie















