Zgubiona walizka na lotnisku lub zawieruszone klucze potrafią w sekundę zepsuć najlepszy urlop. Czy trzeba jednak wydawać kilkaset złotych na markowy lokalizator? Alternatywą może być uniwersalny Fresh ’n Rebel z sieci Action za niespełna 30 złotych. Sprawdziłem, czy warto go kupić. No i okazuje się, iż nie wygląda to wcale źle.
Lokalizator Fresh ’n Rebel z Action. Zgrabny dodatek
Będąc w jednym ze sklepów sieci Action, na półkach zobaczymy kilka różnych lokalizatorów, ale dziś wybór padł na urządzenie Fresh ’n Rebel, które można kupić za 29,95 zł (choć czasem w promocjach zdarza się jeszcze taniej). W pudełku poza samym sprzętem znajdziemy baterię oraz kostkę do otwierania obudowy. Ta ostatnia przypomina tą do gitary. Producent dołączył do zestawu także silikonowe etui z breloczkiem. W przypadku urządzeń konkurencji za taki dodatek trzeba zwykle osobno dopłacić.
Sam lokalizator jest bardzo niewielki i został wykonany z przyjemnego w dotyku, matowego tworzywa, które nie zbiera nieestetycznych odcisków palców. Mój testowy egzemplarz miał kolor opisany jako czarny, choć na żywo jego barwa przypomina raczej ciemny grafit. Jak każdy facet nie znam się na kolorach, więc może to być także i szary. Co ważne, sprzęt ma klasę szczelności IP66, więc nie boi się kurzu ani wody. Kąpiel pod bieżącą wodą z kranu nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Po tygodniu od testu pod wodą, lokalizator przez cały czas działał bez zarzutu.
Do wyboru iOS lub Android
Niska cena musi z czegoś wynikać. Podstawowa różnica między tym modelem a oryginalnym AirTagiem od Apple kryje się w technologii. Urządzenie z Action nie posiada układu Ultra Wideband, czyli technologii pozwalającej na precyzyjne, niemal co do centymetra namierzanie zguby dzięki strzałki nawigacyjnej na ekranie telefona. Lokalizator nadrabia to jednak pełną uniwersalnością, ponieważ płynnie współpracuje zarówno z siecią Apple Find My, jak i Google Find Hub dla Androida. Warto mieć tu jednak na uwadze istotną kwestię techniczną, bo gadżetu nie można podłączyć do dwóch systemów jednocześnie. To oznacza, iż aktywacja w sieci Apple automatycznie wyłącza widoczność w systemie Androida i odwrotnie.
Sam proces parowania urządzenia zajmuje dosłownie minutę i w obu ekosystemach przebiega bardzo intuicyjnie. Wystarczy użyć dołączonej do zestawu kostki, przekręcić dolną pokrywę obudowy o trzydzieści stopni i włożyć baterię. Następnie naciskamy okrągły przycisk funkcyjny, który wyda krótki dźwięk gotowości. W przypadku telefonów z Androidem wystarczy włączyć Bluetooth oraz lokalizację, zbliżyć tag do telefona i kliknąć w okienko podręczne, które automatycznie wyskoczy na ekranie, kierując nas do prostej konfiguracji w aplikacji Google Find Hub. Użytkownicy sprzętu od Apple muszą po prostu otworzyć systemową aplikację Znajdź, wybrać zakładkę z przedmiotami, dodać nowy inny obsługiwany przedmiot i po wykryciu sprzętu pod nazwa FnR połączyć go ze swoim Apple ID.
GPS? Nie tędy droga
Trzeba zaznaczyć, iż Smart Finder nie jest nadajnikiem GPS i opiera się na technologii Bluetooth oraz globalnej sieci milionów obcych telefonów. W praktyce oznacza to, iż jego pozycję na mapie aktualizują telefony innych przechodniów, które w pełni anonimowo wyłapują sygnał naszej zguby i wysyłają go na serwery Google lub Apple. W miejskiej dżungli ten system po prostu działa. Podczas testów położenie taga na mapie aktualizowało się średnio co kilka minut. Schody zaczęły się dopiero podczas prób na wsi, gdzie zostawiłem urządzenie w ustronnym miejscu około kilometra od domu, przez co aplikacja przez godzinę nie potrafiła odświeżyć jego lokalizacji.
Poprosiłem wówczas żonę o spacer w tamtym kierunku z włączonym modułem Bluetooth w telefonie, co natychmiast zadziałało. Jej telefon wyłapał sygnał i przesłał nową pozycję na mapę. Prawidłowość jest więc prosta: im większe skupisko ludzi wokół, tym większa szansa na szybkie odnalezienie zguby. O ile przechodnie mają włączony, Bluetooth, internet oraz lokalizację.
Codzienna obsługa taga z poziomu telefona jest bardzo prosta. Aplikacja w Androidzie pozwala na łatwą zmianę nazwy oraz udostępnienie podglądu pozycji innym domownikom. Gdy zawieruszymy przedmiot gdzieś w mieszkaniu, z pomocą przychodzi funkcja szukania w pobliżu, która wyświetla na ekranie chmurkę wypełniającą się w miarę zbliżania się do celu. Możemy też zdalnie włączyć wbudowany w urządzenie głośniczek. Wydawany przez niego dźwięk jest na tyle głośny i wyraźny, iż bez problemu usłyszymy go z drugiego pokoju. Przycisk na obudowie na szczęście jest precyzyjnie spasowany, dzięki czemu nie musimy się martwić o przypadkowe wyłączenie lokalizatora podczas noszenia go w ciasnej kieszeni.
Producent deklaruje, iż jedna bateria zasilająca powinna wystarczyć na dwa lata ciągłej pracy. Liczne opinie użytkowników w sieci sugerują jednak, iż realny czas działania może być odczuwalnie krótszy. To na szczęście rekompensują groszowe koszty zakupu nowego ogniwa, o ile wcześniej nie zagubimy jakiegoś przedmiotu z przyczepionym lokalizatorem.
Czy warto kupić lokalizator z Action?
Fresh ’n Rebel Smart Finder to świetnie wyceniony i niezwykle przydatny gadżet. Ten doskonale sprawdzi się podczas letnich wyjazdów i codziennego użytkowania. Warto przypiąć go do kluczy, wrzucić na dno plecaka lub ukryć we wnętrzu walizki lotniczej. Daje to spory komfort psychiczny za ułamek ceny produktów konkurencji.
Urządzenie ma jednak swoje naturalne ograniczenia techniczne. Z pewnością nie sprawdzi się jako obroża dla kota, który chadza własnymi ścieżkami po lasach z dala od ludzkich siedzib i sygnałów Bluetooth. No i nie sprawdzimy lokalizacji zagubionej rzeczy co do centymetra. jeżeli jednak szukacie taniej ochrony dla swojego miejskiego lub wakacyjnego bagażu, ta propozycja ze sklepu Action jest warta rozważenia.
Producent ani sieć sklepów Action nie mieli wpływu na treść artykułu.
Źródło tekstu i zdjęć: Instalki.pl

3 godzin temu







