Zbudowałem własnego NAS-a. Tyle zapłaciłem

konto.spidersweb.pl 4 godzin temu

Po co płacić za gotowca, skoro można zbudować sobie NAS-a samodzielnie od zera, samemu wybrać oprogramowanie, a potem cieszyć się z własnej, działającej konstrukcji? Tak pomyślałem i zabrałem się do roboty.

Nie chodziło przy tym ani trochę, żeby było taniej, niespecjalnie też chciałem cokolwiek udowodnić czy osiągnąć jakiś określony cel. Ot, po prostu uznałem, iż kupowanie gotowego NAS-a jest raczej nudne, zima była długa i brzydka, więc czas na poddachowy projekt.

Jak wyszło? Już opowiadam – po kolei.

NAS własnej konstrukcji – jakie miałem założenia?

Głównie takie, iż NAS będzie wykorzystywany w większości do długoterminowego przechowywania danych, które mogą się kiedyś przydać. Nie były więc potrzebne przesadnie szybkie nośniki, 10-gigabitowe łącza czy potworna moc obliczeniowa. Miało być względnie dużo – jak na moje potrzeby i dotychczasowe doświadczenia – miejsca, jako-tako cicho i ładnie.

Miało być też z nieco większą liczbą dysków niż w większości konsumenckich konstrukcji. Przy obecnych cenach HDD postanowiłem nie rzucać się na większe zakupy nośników o większych pojemnościach, skupiając się na tym, co już mam, i na tym, co jestem w stanie mniej lub bardziej niecnymi sposobami zdobyć.

To z kolei prowadziło do sytuacji, w której ostatecznie miałem całkiem sporo dysków, ale a) o niezbyt wielkiej pojemności i b) o zdecydowanie różnej pojemności. Ostatecznie uzbierałem z tego zestaw 2 dysków 8 TB, 2 dysków 4 TB i 2 dysków 2 TB. Wszystkie WD Red, niektóre całkiem nowe, niektóre chyba starsze od idei samego NAS-a, ale w jakiś magiczny sposób dalej działające.

Zostało więc złożenie NAS-a. Czyli po prostu komputera, który miałby te dyski obsłużyć.

Po płytę główną i RAM wybrałem się do Chin.

Nie osobiście, ale bezpośrednio stamtąd dotarła do mnie wybrana na mocny chybił trafił płyta główna, której główne zalety były trzy.

Po pierwsze – przychodziła w komplecie z procesorem N150, który absolutnie nadawał się do tego, co planowałem zrobić. Więcej nie potrzebuję, a mniej bym po prostu nie chciał, zresztą z N150 mam już świetne doświadczenia w miniPC, więc wybór był prosty.

Po drugie – płyta była dostępna w wariancie z 16 GB RAM DDR5. Podejrzewam, iż do mojej konstrukcji tyle nie potrzebuję (i obserwacje zużycia raczej to potwierdzają), ale mniej niż 900 zł przy zakupie kilka miesięcy temu, za kompletną, gotową płytę z RAM i procesorem, uznałem za rozsądną kwotę.

Oczywiście, jeżeli spojrzeć na to przez pryzmat tego, ile takie płyty czy zestawy kosztowały np. rok temu, to pewnie można złapać się za głowę. Ale rok temu to był rok temu – zresztą choćby teraz strona tego samego sprzedawcy sugeruje, iż za identyczny zestaw zapłacimy… 1330 zł. Czyli nie wyszedłem na tym znowu tak strasznie źle.

Po trzecie – ta płyta to jeden z typowych, chińskich, powielanych przez wielu producentów/sprzedawców projektów płyt właśnie pod NAS-y czy inne domowe serwery. W standardzie mamy więc chociażby 6 portów SATA i przy okazji 2 M.2 NVMe. Wprawdzie to ostatnie to pojedyncze linie PCIe 3.0, więc prędkości nie porażają, ale miałem tego świadomość – i w ogóle mi to nie przeszkadzało, bo demona prędkości nie budowałem. Tzn. budowałem, ale to akurat inny projekt.

NA razie mamy więc – zaokrąglając – 900 zł za płytę, RAM i procesor.

Płytę trzeba gdzieś wsadzić, więc zaczęło się szukanie obudowy.

I tutaj podejrzewam, iż wyszło mi to tak średnio. Skuszony wyglądem i estetyczną akceptacją drugiej połówki, po niezbyt długich poszukiwaniach zdecydowałem się na Jonsbo N4.

Mogę oczywiście potwierdzić, iż kosztująca 564 zł obudowa prezentuje się wybitnie ładnie, szczególnie na tle raczej oszczędnego w wyrazie WD PR4100, którego moja konstrukcja zastąpiła. Miejsca na płytę i akcesoria – przynajmniej przy mojej konstrukcji – również jest od groma, szczególnie jeżeli mowa o płytkach tak oszczędnych rozmiarowo, jak ta zamówiona przeze mnie.

Z drugiej strony – w kwestiach instalacyjnych ta płytka jest niestety odrobinę przesadnie dziwaczna. Sumarycznie w środku zmieści się 8 dysków – 6 dysków 3,5″ i 2 razy 2,5″. Brzmi dobrze, tyle tylko, iż przestrzeń dyskowa podzielona jest na dwie kolumny po cztery dyski. Ta po lewej pozwala na wygodny montaż dysków na backplanie, czyli po prostu wsuwamy dysk na dokręconych śrubkach/gumkach i gotowe.

Ta po prawej natomiast obok hot swapa czy choćby względnej wygody nie stała. W chyba najmniej wygodnym fragmencie całej obudowy, musimy prowadzić po parze przewodów zasilających i transferowych, a potem albo wpinać je do już wsuniętych dysków, albo wyprowadzać tak, żeby podpiąć dysk „na zewnątrz” i modlić się, żeby niczego nie przyciąć przy wsuwaniu.

Przy mojej liczbie dysków włożyłem tam 2 HDD zamiast 4, a i tak trzymam kciuki za to, żeby jeżeli jakiś dysk padnie, to był to dysk z tej lewej komory. W przypadku prawej jakakolwiek wymiana będzie dramatem.

O dziwo nie mogę jakoś specjalnie przychylić się do redditowych narzekań na wentylację tej obudowy. Tak, z wentylatorami w przedniej części byłoby lepiej. Z drugiej strony – w tej chwili „najgorętszy” dysk z mojego zestawu ma ok. 40 stopni, pozostałe mają wyraźnie mniej. I to choćby pomimo tego, iż te dyski przeważnie coś robią, są w raczej ciepłym pomieszczeniu, a do tego i na dworze oraz w domu zaczyna się robić naprawdę ciepło.

Natomiast moja rada jest taka, żeby natychmiast wymienić fabryczny główny wentylator. Mój z zestawu od Jonsbo jęczał tak, iż trudno było z tym żyć. Wymienienie go na Noctuę NF-A12 całkowicie rozwiązało problem, ale trzeba do końcowego wyniku doliczyć 149 zł.

Do tego doszły drobiazgi (i nie drobiazgi)

Konieczny był bowiem chociażby zasilacz – tutaj padło na be quiet! SFX Power 3 450 W – za 318,88 zł. Niestety okazało się, iż zasilaczy w rozmiarze pasującym do tej obudowy nie ma raczej wiele, a jeżeli są, to – poza wybranym przeze mnie – kosztują jakieś nieznane mi pieniądze.

Do tego niestety konieczny okazał się też przedłużacz przewodu ATX (za 53 zł), bo wejście na przewody w obudowie było ustawione tak w stosunku do złączy na płycie głównej iż nie było szans, żeby dosięgnąć przewodem z zasilacza. Nie i już.

Poza tym reszta to już drobiazgi, takie jak np. kable SATA – w sumie 6 sztuk za ok. 55 zł, które nie dość, iż okazały się niepotrzebnie długie (60 cm, 30 cm by raczej starczyło), to jeszcze tak sztywne, iż ich prowadzenie w obudowie zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych.

Ach, i do tego jeszcze doszedł – na wszelki wypadek – wentylator na procesor. Ale tutaj wydałem 0 zł, bo dostałem od kolegi fabryczne chłodzenie od i3. Ten wentylator zresztą i tak niezbyt ma co robić.

Od strony technicznej było więc gotowe. Tylko co dalej?

Mój NAS wymagał jeszcze oprogramowania.

Które – niestety – okazało się dodatkowym kosztem. Unraid, którego wybrałem ze względu na ogromne wsparcie, popularność i bardzo dobrą obsługę dysków o różnych pojemnościach, jest bowiem oprogramowaniem absolutnie płatnym. Przez pierwszych kilka tygodni wprawdzie można go testować za darmo, ale potem przychodzi moment, kiedy trzeba sięgnąć po kartę płatniczą.

Przez tych kilka tygodni darmowego testowania utwierdziłem się jednak w przekonaniu, iż raczej będzie warto. Obsługa jest w większości kwestii banalnie prosta, jeżeli miałem jakieś pytania – internet podsuwał jakieś 300 podobnych tematów z gotowymi odpowiedziami, a poza tym… to po prostu działa.

Nie miałem z Unraidem – a mija już kilka ładnych miesięcy od instalacji – absolutnie żadnych problemów. Co ma działać, to działa, co nie działa – to pewnie jeszcze tego nie ustawiłem albo ustawiłem źle (i gwałtownie ustawię dobrze). Inna sprawa, iż niespecjalnie często zaglądam w ogóle do interfejsu Unraida, bo nie mam tu nic do roboty. Nie korzystam z dodatkowych aplikacji, nie mam choćby żadnych dodatkowych wtyczek.

Unraid działa sobie w tle, dostarczając po prostu innym urządzeniom i aplikacjom odpowiednie udziały. Tym moje prywatne multimedia, tym zdjęcia, tym jakieś wideo do archiwizacji, i tak dalej, i tak dalej.

Jedyne, nad czym dumałem, to opcja, za którego Unraida zapłacić.

W moim przypadku cennik Unraida był bowiem dość podstępny. Wprawdzie na wstępie zaznaczyłem, iż zdecydowałem się na 6 HDD, ale jednocześnie Unraid ma jedną wadę – jest wolny. Jest wolny, choćby jeżeli chodzi o kopiowanie danych na niego. I to tak naprawdę wolny. Jeszcze raz napiszę – jest wolny.

Rozwiązaniem tego problemu mogą być osobne „poole” SSD albo SSD w ramach „poolu” cache. W skróćie – dla wybranych udziałów dane kopiowane na naszego NAS-a najpierw trafiają na SSD, a potem – np. o północy każdego dnia – są przesuwane na adekwatne HDD.

Czy to działa? Absolutnie tak i przyznaję się, iż opcja wykorzystania złącza 2,5 Gb/s z płyty głównej była przeze mnie bardzo mile widziana. Tyle tylko, iż Unraid do 6 nośników pozwala wykupić najtańszy plan (49 dolarów, dożywotnio), a powyżej 6 jest już tylko opcja na nieograniczoną liczbę dysków (109 dolarów).

Oczywiście mógłbym przeżyć i bez tego cache, ale uznałem, iż może kiedyś wykorzystam wszystkie HDD, jakie mam w domu i zrobię większego NAS-a. Tym bardziej, iż mogę – i choćby sprawdzałem, iż to działa – wrzucić w jedno M2. NVME „kartę”, która rozdzieli to złącze na kolejne porty SATA.

Niestety oznaczało to, iż do końcowej kwoty muszę doliczyć 417,12 zł.

Ile kosztuje taki własny NAS?

Wychodzi na to, iż – nie licząc ani 6 HDD, ani jednego NVME, które wykorzystałem do złożenia całości – wydałem równo 2456,30 zł. W zamian mam 6-dyskowego (albo 7-dyskowego) NAS-a, któremu póki co nie mogę nic zarzucić i który spisuje się jak trzeba w prostych zastosowaniach, które dla niego przewidziałem.

Nie da się przy tym dyskutować z tym, iż dało się to zrobić prawdopodobnie wyraźnie taniej, decydując się chociażby na mniej efektowną – i pewnie technicznie lepszą – obudowę.

Nie da się tez dyskutować z tym, iż na dobrą sprawę, jeżeli celem było głównie przechowywanie plików i nic więcej, kupienie gotowca nie tylko oszczędziłoby sporo czasu, ale też… nie byłoby w ostatecznym rozliczeniu jakoś piorunująco droższe. Nie wspominając o tym, iż w przypadku gotowego zestawu gwarancja jest raczej na całość – tutaj w najlepszym razie mam gwarancję na poszczególne części, a to, czy to wszystko będzie ze sobą działało, to już moje zmartwienie.

Aczkolwiek – dopóki działa, dopóty będe zadowolony. Tym bardziej, iż mogę powiedzieć, iż sam to wszystko poskładałem i działa lepiej, niż spodziewałem się, iż będzie.

Idź do oryginalnego materiału