ZRZUCENIE WAGI PRZEZ KOLARSTWO

magazynbike.pl 3 dni temu

Jak rower zmienia ciało, umysł i życie — teoria, praktyka i 6 prawdziwych historii transformacji. Arkadiusz Kogut — UCI Cycling Coach, Way2Champ.

Foto Chris Kendall

Każdego roku miliony ludzi na świecie próbują zrzucić wagę. Większość sięga po diety cud, leki typu Ozempic czy Wegovy, programy detoksowe albo katorżniczą kaloryczną restrykcję. Efekt? Krótkotrwały spadek, potem efekt jo-jo, frustracja i powtórka za rok. Tymczasem istnieje metoda, która nie tylko pozwala skutecznie zrzucić tłuszczową masę ciała, ale przy okazji buduje kondycję sercowo-naczyniową, poprawia zdrowie psychiczne i daje taką frajdę, iż ludzie zapominają, iż adekwatnie „chodzą na dietę”. Tą metodą jest kolarstwo.

Jako trener widziałem tę transformację setki razy. Ludzie przychodzili do mnie z nadwagą, wysokim ciśnieniem, lekami na cholesterol, problemami z kolanami i plecami. Po roku systematycznej jazdy na rowerze i świadomym podejściu do odżywiania nie do poznania. I nie mówię tu o jednostkowych przypadkach. Mówię o powtarzalnym wzorcu, który obserwuję od lat.

W tym artykule pokażę Ci dokładnie, dlaczego kolarstwo jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi do redukcji masy ciała — ale nie w sposób, w jaki zwykle się o tym mówi. Nie będę opowiadał bajek o „spalaniu kalorii na rowerze”. Zamiast tego pokażę Ci fizjologię, która za tym stoi, najczęstsze błędy, które hamują utratę wagi, i 6 prawdziwych historii ludzi, którzy zmienili swoje życie dzięki rowerowi. Niektóre z tych historii są tak spektakularne, iż brzmiałyby niewiarygodnie — gdyby nie były prawdziwe.

Dlaczego akurat kolarstwo?

Jeśli zapytasz dowolnego fizjologa sportu, która forma aktywności jest najlepsza do redukcji masy ciała u osób z nadwagą, odpowiedź będzie prawie zawsze ta sama: taka, którą dana osoba będzie wykonywać regularnie, przez długi czas, z odpowiednią intensywnością. I tutaj kolarstwo ma kilka unikalnych przewag nad bieganiem, pływaniem czy siłownią.

Po pierwsze, rower jest miłosierny dla stawów. Osoba ważąca 110 kg, która zacznie biegać, będzie miała problem z kolanami, biodrami i kręgosłupem w ciągu kilku tygodni. Przy każdym kroku na kolano działa siła równa 3-4-krotności masy ciała — przy 110 kg to 330-440 kg na staw kolanowy z każdym uderzeniem stopy o podłoże. Przy kilku tysiącach kroków na bieg to przepis na kontuzję. Na rowerze ta sama osoba może jechać 2-3 godziny bez przeciążania układu ruchu, bo 70-80% masy ciała spoczywa na siodelku, a ruch pedałowania jest płynny, cykliczny i bezudarowy. To jest fundamentalna różnica, która decyduje o tym, czy ktoś wytrzyma kilka miesięcy systematycznego treningu, czy zrezygnuje po 3 tygodniach z powodu kontuzji.

Po drugie, kolarstwo pozwala na długie sesje aerobowe o umiarkowanej intensywności — czyli dokładnie w tej strefie, w której organizm najefektywniej utlenia tłuszcze jako źródło energii. Podczas 3-godzinnej jazdy w strefie 2 (55-75% FTP wg metodologii Allena i Coggana) kolarz o wadze 90 kg może spalić od 1500 do 2500 kcal. Dla porównania, godzina na siłowni to 300-500 kcal, a godzina biegu w tempie średnim to 600-800 kcal. Ale godzinę biegu przy 110 kg trudno w ogóle przebiegać — 3 godziny na rowerze są w zasięgu prawie każdego. Matematyka jest bezlitosna i przemawia za rowerem.

Po trzecie — i to jest coś, czego nie znajdziesz w żadnym podręczniku fizjologii — kolarstwo wciąga. Nie jak nałóg, ale jak pasja. Ludzie, którzy zaczynają jeździć na rowerze, nie myślą o tym jako o „ćwiczeniu”. Odkrywają nowe trasy, zaczynają jeździć w grupach, śledzą swoje dane na Stravie, planują pierwszy maraton szosowy. Kupują lepsze komponenty, dyskutują o oponach i ciśnieniach, wyścigach i szlakach. Nagle ich „program odchudzania” staje się hobby, pasją, stylem życia. I to jest klucz do długoterminowego sukcesu — nie dieta, którą się kończy po 12 tygodniach, ale zmiana sposobu życia, która się sama podtrzymuje, bo daje radość.

Po czwarte, kolarstwo ma wyjątkowo silny komponent społeczny. Grupowe wyjazdy, kluby kolarskie, platformy typu Zwift czy Strava — to wszystko tworzy otoczenie, które wspiera regularność. Kiedy Twoi koledzy z grupy jeżdżą w sobotę rano, jedziesz z nimi. Kiedy ktoś wrzuci wyzwanie na Stravie, chcesz je podjąć. Ten społeczny napęd jest często niedoceniany, ale w praktyce bywa decydujący.

Fizjologia utraty wagi na rowerze — co naprawdę dzieje się w Twoim ciele

Zanim przejdę do inspirujących historii, chcę żebyś zrozumiał mechanizm, który za nimi stoi. Bo bez zrozumienia fizjologii będziesz działać po omacku — a ja chcę, żebyś działał świadomie.

Deficyt kaloryczny — jedyna droga, ale nie każda droga jest dobra

Utrata tkanki tłuszczowej wymaga deficytu kalorycznego. To jest fakt fizjologiczny, którego żadna dieta ani żaden suplement nie obejdzie. 1 kg tkanki tłuszczowej to około 7700 kcal zmagazynowanej energii. żeby stracić ten kilogram, musisz stworzyć deficyt właśnie takiej wielkości — czy to jedząc mniej, czy ruszając się więcej, czy też łącząc jedno z drugim. Ale sposób, w jaki ten deficyt osiągniesz, ma kolosalne znaczenie.

Jeśli ciął kalorie zbyt agresywnie (poniżej 1500 kcal dziennie przy aktywnym trybie życia), Twój organizm wchodzi w tryb stresowy. Rosną poziomy kortyzolu, spada tempo metabolizmu bazowego (RMR), organizm zaczyna rozbierać tkankę mięśniową zamiast tłuszczowej, bo mięśnie zużywają energię choćby w spoczynku — a organizm w trybie przetrwania chce ją oszczędzać. Efekt: tracisz wagę na wadze, ale tracisz mięśnie, a nie tłuszcz. Metabolizm spowalnia. A po zakończeniu diety organizm odbudowuje zapasy — z nawiązką. To jest mechanizm efektu jo-jo, który rujnuje 90% konwencjonalnych diet.

Kolarstwo pozwala osiągnąć deficyt kaloryczny z drugiej strony równania — nie przez drastyczne cięcie spożycia, ale przez zwiększenie wydatku energetycznego. Kolarz jadący 4 razy w tygodniu po 2-3 godziny w strefie 2 spala dodatkowo 4000-8000 kcal tygodniowo. To odpowiada deficytowi 500-1000 kcal dziennie — dokładnie w zakresie rekomendowanym przez fizjologów sportu (0.5-1 kg utraty wagi tygodniowo). I robi to bez głodzenia się, bez rozkładania mięśni, bez stresu metabolicznego. A choćby z lekkim wzrostem masy mięśniowej nóg i pośladków, co dalej podnosi metabolizm bazowy.

Strefy treningowe a utlenianie tłuszczy

W metodologii Huntera Allena i dr. Andrew Coggana, którą stosuję od ponad dekady, wyodrębniamy 7 stref mocy opartych o FTP (Functional Threshold Power — moc progowa). Dla osoby chcącej zrzucić wagę najważniejsze są strefy 1-3, czyli Aktywna Regeneracja (<55% FTP), Endurance (56-75% FTP) i Tempo (76-90% FTP). To właśnie w strefach 1-2 organizm w największym stopniu wykorzystuje tłuszcze jako paliwo.

Przy intensywności około 60-70% FTP utlenianie tłuszczy osiąga swoje maksimum w wartościach bezwzględnych — czyli gramach tłuszczu spalanych na minutę. To tak zwany FatMax, który można precyzyjnie zmierzyć testem metabolicznym INSCYD. W praktyce: jeżeli Twoje FTP wynosi 200W, jazda w zakresie 120-140W będzie Twoją optymalną strefą spalania tłuszczu. Paradoksalnie, nie musisz się katować — musisz jechać spokojnie, długo i regularnie.

To nie znaczy, iż wyższe intensywności są złe — wręcz przeciwnie. Krótkie interwały w strefie 4-5 (95-120% FTP) zwiększają EPOC (excess post-exercise oxygen consumption), co oznacza, iż organizm spala dodatkowe kalorie jeszcze godzinami po treningu. Poza tym interwały budują moc — a wyższe FTP oznacza wyższy FatMax w wartościach bezwzględnych. To jest pozytywna spirala: im silniejszy jesteś, tym efektywniej spalasz tłuszcz podczas spokojnych jazd. Optymalny plan łączy oba podejścia: długie jazdy w strefie 2 jako fundament (80% czasu treningowego), a krótkie sesje interwałowe 2 razy w tygodniu jako akcelerator adaptacji.

Moc względna: dlaczego każdy kilogram ma znaczenie

Każdy kilogram utraconej tłuszczowej masy ciała to około 1% wzrostu mocy względnej (W/kg). Dla osoby ważącej 100 kg z FTP 200W to 2.0 W/kg. Po zrzuceniu 15 kg i utrzymaniu tej samej mocy bezwzględnej mamy 200W/85kg = 2.35 W/kg — czyli 17.5% poprawy. Na podjazdach to jest różnica między umieraniem w połowie drogi a jechaniem z uśmiechem do mety. A co jeszcze lepsze — podczas systematycznego treningu rosną Ci oba parametry jednocześnie: FTP się zwiększa i waga spada. Ten podwójny efekt sprawia, iż postęp jest odczuwalny z jazdy na jazdę.

Nie stresuj organizmu — on musi Ci zaufać

To, co podkreśla wielu moich podopiecznych — i co potwierdza współczesna nauka — to fakt, iż organizmu nie można za mocno stresować. Ani nadmiernym treningiem, ani brakiem snu, ani drastycznym cięciem kalorii. Ciało trzeba stopniowo adaptować, żeby nie robić „szoku” — żeby organizm nie odczuwał paniki, iż nagle brakuje pożywienia. Tak jak w treningu kolarskim budujemy obciążenie tydzień po tygodniu (zasada progresywnego przeciążenia), tak samo z odżywianiem: zmniejszamy kalorie o 200-300 kcal, dajemy organizmowi 2-3 tygodnie na adaptację, i dopiero potem ewentualnie korygujemy dalej. Żadnych rewolucji. Organizm współpracuje, kiedy czuje się bezpiecznie — a sabotuje, kiedy czuje zagrożenie.

5 najczęstszych błędów przy odchudzaniu na rowerze

Błąd 1: Jazda zawsze „na pełnej”
Wielu początkujących kolarzy jeździ każdą jazdę na 80-90% swoich możliwości, bo myślą, iż „im ciężej, tym lepiej spalam”. To błąd, który widzę u co drugiego nowego podopiecznego. Zbyt wysoka intensywność powoduje, iż organizm spala głównie glikogen (węglowodany), a nie tłuszcze. Poza tym prowadzi do chronicznego przemęczenia, które kończy się kompensacją — przejadaniem się po treningu, bo organizm desperacko domaga się węglowodanów. 80% Twojego czasu w rowerze powinno być w strefie 2 — na tyle łagodnie, iż możesz prowadzić rozmowę. To jest Twoja strefa spalania tłuszczu. Wiem, iż wygląda to banalnie — ale działa.

Błąd 2: Nagradzanie się jedzeniem po treningu
Klasyka: 2 godziny na rowerze, spalasz 1200 kcal, a potem wchodzisz na stację i kupujesz hot-doga, czekoladę i colę. 800 kcal w 5 minut i Twój deficyt kaloryczny topnieje. To nie znaczy, iż nie możesz jeść — musisz, i musisz jeść dobrze. Po długiej jeździe Twój organizm potrzebuje węglowodanów do odbudowy glikogenu i białka do regeneracji mięśni. Okno anaboliczne (pierwsze 30-60 minut po treningu) to najlepszy moment na solidny posiłek regeneracyjny. Postaw na normalne jedzenie: ryż, kurczak, warzywa, owoce, jogurt naturalny. Nie na przetworzoną żywność z automatu.

Błąd 3: Ignorowanie białka
Podczas redukcji masy ciała spożycie białka powinno być wyższe niż normalnie — około 1.6-2.0 g na kilogram masy ciała docelowej. Białko chroni tkankę mięśniową przed katabolizmem (kluczowe, kiedy jesteś na deficycie), zapewnia długotrwałe uczucie sytości i ma najwyższy efekt termiczny ze wszystkich makroelementów (organizm zużywa około 20-30% kalorii z białka na samo jego trawienie i przetworzenie). Kolarz o wadze docelowej 85 kg powinien spożywać około 140-170 g białka dziennie. To jest dużo — wymaga świadomego planowania posiłków.

Błąd 4: Brak struktury treningowej
Jeżdżenie na rowerze „kiedy się da” i „ile się da” to nie plan treningowy. To chaotyczna aktywność fizyczna, która daje wyniki przez pierwsze 4-6 tygodni, a potem plateau. Organizm się adaptuje i przestaje odpowiadać na ten sam bodziec. Skuteczna redukcja wagi wymaga periodyzacji — systematycznego planu z fazami budowania bazy aerobowej, wprowadzania interwałów i odpoczynku. Każda jazda powinna mieć cel: długa jazda w strefie 2, Sweet Spot (88-94% FTP), interwały 4×8 minut w strefie 4, albo aktywna regeneracja. Bez planu nie ma systematycznego postępu — jest tylko losowe męczenie się.

Błąd 5: Oczekiwanie natychmiastowych rezultatów
Realna, zdrowa utrata wagi to 0.5-1 kg tygodniowo. To znaczy, iż żeby zrzucić 20 kg, potrzebujesz 5-10 miesięcy systematycznej pracy. Nie 30 dni. Nie 12 tygodni „challenge”. jeżeli ktoś obiecuje Ci szybsze tempo, to albo będziesz tracić mięśnie i wodę, albo będziesz głodować — a jedno i drugie kończy się efektem jo-jo. Ludzie, których historie przeczytasz poniżej, zrzucali wagę przez miesiące i lata — ale zrzucili ją trwale, bo zmienili swój styl życia, a nie tylko sposób jedzenia na 3 miesiące.

6 prawdziwych historii transformacji

Poniższe historie to relacje prawdziwych ludzi, którzy odpowiedzieli na moją prośbę o podzielenie się swoim doświadczeniem. Każda z nich jest inna, ale łączy je jedno: rower był katalizatorem zmiany, która wyszła daleko poza samą wagę na wadze.

Mirosław Wójciak: 140 → 87 kg (-53 kg) — Od otyłości do tęczowej koszulki Mistrza Świata

Kiedy Mirosław napisał do mnie, iż chce się podzielić swoją historią, myślałem, iż będzie to kolejna fajna transformacja. A potem przeczytałem jego słowa: w 2012 roku ważył 140 kg. W 2013 zaczął treningi kolarskie. W 2017 ważył 87 kg. A w 2019 został Mistrzem Świata w indywidualnej jeździe na czas w kategorii M40. Zatrzymałem się na dłuższą chwilę.

53 kg. Z poziomu, który lekarze klasyfikują jako otyłość III stopnia (BMI powyżej 40), do tęczowej koszulki Mistrza Świata UCI w kategorii Masters. To nie jest historia o odchudzaniu. To jest historia o całkowitej transformacji tożsamości. Proces trwał lata — nie tygodnie, nie miesiące, ale lata systematycznej, cierpliwej pracy. Od 2017 roku Mirosław utrzymuje wagę, jednocześnie osiągając kolejne sportowe sukcesy — w 2024 wygrał World Masters Cycling Federation w St. Johann w kategorii M45.

Mirosław nagrał mi ponad 3-minutowe video, w którym opowiada o swojej drodze. Patrząc na niego dzisiaj — szczupły, wytrenowany, pewny siebie kolarz na podium mistrzostw świata — nie sposób uwierzyć, iż to ten sam człowiek co 12 lat temu. Jego historia jest żywym dowodem na to, iż rower może dosłownie zmienić całe życie. I iż nigdy nie jest za późno, żeby zacząć.

Jakub Pisarek: 105 → 78 kg (-27 kg) — Fizjoterapeuta, który doświadczył tego, co radzi pacjentom

Jakub prowadzi gabinet fizjoterapii od 10 lat. Paradoksalnie, jako specjalista od ruchu i rehabilitacji, sam po roku studiów — paskudne szybkie jedzenie, alkohol i brak aktywności po kontuzji — ważył 105 kg przy 186 cm wzrostu. W 2013 roku, pracując w Decathlonie na dziale rowerowym, został wciągnięty przez kolegów w kolarstwo szosowe. Wywodził się z BMX, więc rower nie był mu obcy — ale szosa to było coś zupełnie nowego.

Jego podejście było pragmatyczne: kolarstwo jako cardio do treningu siłowego, plus liczenie kalorii w MyFitnessPal. Po roku waga spadła o 30 kg. Przez kilka lat żonglował siłownią i rowerem w klasycznym cyklu masa-redukcja. 5 lat temu przesunął priorytet w stronę kolarstwa — siłownia stała się uzupełnieniem w wersji funkcjonalnej, nastawionej na ogólną siłę i wyrównanie deficytów, a nie na „masę mięśniową”. Zaczął startować w zawodach, trenować pod okiem trenerów. w okresie 2025 zszedł do 77 kg — niestety sezon przerwał wypadek rower vs samochód pod Livigno. Powrócił do formy, zmienił trenera i wchodzi w nowy sezon z wagą 79 kg.

Jakub przesłał mi 7 zdjęć z różnych etapów — od 95 kg z kontuzją w 2017, przez 88 kg na Trofeo dell’Appennino, po 78 kg na Passo della Gavia i dzisiejsze 79 kg. Te zdjęcia mówią więcej niż słowa. Jego historia jest ważna, bo pokazuje, iż to nie jednorazowy zryw, ale ciągła ewolucja — od „kolarstwa romantycznego” do świadomego, strukturalnego treningu. Kolarstwo pozwala nie tylko schudnąć raz, ale utrzymać wagę latami.

Michał: 106 → 88 kg (-18 kg) — Od rajdów samochodowych do 1008 km non stop

Historia Michała jest chyba najbardziej nieoczywista z całej szóstki — bo to nie jest historia o odchudzaniu. To jest historia o odkryciu, kim możesz się stać, kiedy dajesz sobie szansę na zmianę. Michał ważył 105-106 kg przy 189 cm wzrostu. Nie uprawiał żadnego sportu. Jego pasją były rajdy samochodowe — prowadził popularny kanał na YouTube, filmował wyścigi, jeździł po lasach i polach. W 2019, tuż przed pandemią, stwierdził, iż coś trzeba zmienić. Dodatkową motywację dało mu obejrzenie maratonu MTB pod Krakowem, w którym startował jego kumpel.

Wsiadł na to co miał i zaczął katować podjazd pod ZOO w Krakowie i kopiec. Kupił pedały SPD. Potem wypożyczył szosę Kross Vento, zrobił 80 km i — jak sam mówi — zakochał się. Zaczął liczyć kalorie, jeździć regularnie. W pandemii tłukł kilometry. Schudł do 88 kg. A potem stwierdził, iż chce się sprawdzić — zapisał się na PTJ, ultramaraton 610 km non stop. Kupił u mnie plan treningowy na Black Friday. W 2022 siedział na starcie BBT — 1008 km. Potem puchar w ultramaratonach, RAP 960 km. Łącznie 10 ultramaratonów kolarskich.

Z faceta, który filmował rajdy samochodowe, stał się ultramaratończykiem, który przejeżdża Polskę non stop. I po drodze zrzucił 18 kg. Michał jest żywym dowodem na to, iż kolarstwo nie tylko zmienia ciało — zmienia to, co uważasz za możliwe. Przesłał mi 2 zdjęcia: jedno z 2019 kiedy ważył 106 kg, drugie z trasy ultra. Różnica jest powalająca.

Adrian Leończyk: 115 → 96 kg (-19 kg) — Bez rewolucji dietetycznej

Adrian pracuje w spedycji — branża, która słynie z długich godzin pracy, stresu, nieregularnych posiłków i siedzenia za biurkiem. Przy 191 cm wzrostu ważył 115 kg. Schudł do 96 kg dzięki rowerowi — i co ważne, bez drastycznej zmiany diety. Jak sam napisał z typową polską skromnością: „Nie wiem czy jest się czym chwalić.” Jest. 19 kg to 16.5% masy ciała. To zmiana, którą czujesz w każdym aspekcie życia: od wchodzenia po schodach, przez jakość snu, po samo poczucie własnym ciele.

Historia Adriana jest ważna, bo jest najbardziej bliska „zwykłemu człowiekowi”. Nie został Mistrzem Świata, nie przejechał tysiąca kilometrów non stop. Po prostu regularnie wsiadał na rower i jechał. Dalej ma nadwagę według BMI. Ale różnica między 115 a 96 kg to różnica między dwoma różnymi ludźmi — w samopoczuciu, w wydolności, w zdrowiu sercowo-naczyniowym, w jakości życia. I to jest wciąż droga, która się nie skończyła.

Marek Krzyślak: Przedsiębiorca z Warszawy, który znalazł czas na rower

Marek prowadzi firmę BEA w Warszawie i sam ogarnia księgowość, ZUS, CIT, VAT i wynagrodzenia pracowników. Jak napisał z rozbrajającą szczerością: „druga połowa miesiąca zawsze jest dla mnie ciężka — 15-go ZUS, 20-go CIT, 25 VAT, a ostatniego dnia wynagrodzenia. I to wszystko robię sam.” Mimo to znalazł czas na rower i na transformację swojego ciała.

Nagrał video ze swoim synem, w którym opowiada o swojej drodze — po polsku, bo próba po angielsku kończyła się takim śmiechem ze strony syna, iż nagrywanie było niemożliwe. Ta historia jest ważna z jednego kluczowego powodu: pokazuje, iż „brak czasu” nie jest wymówką, jeżeli naprawdę chcesz coś zmienić. Przedsiębiorca jednoosobowo ogarniający firmę znalazł sposób na regularną jazdę. I to jest adekwatnie najważniejsza lekcja: nie chodzi o to, iż masz czas. Chodzi o to, iż go sobie tworzysz.

Mateusz Olender: W USA z 90 kg na 75 kg

Mieszka w USA, gdzie przez lata intensywna praca skutecznie wyparła sport z jego życia. Waga podskoczyła do 90 kg. Kiedy wrócił do kolarstwa, postawił na prostą, ale konsekwentną formułę: 5 jazd tygodniowo po 40-50 km, 2 sesje regeneracji w saunie i jacuzzi oraz rezygnacja z jedzenia wieczorami. Żadnych tabletek, żadnych cudownych diet. W ciągu roku zrzucił ponad 10 kg, a w sumie dotarł z 90 do 75 kg. Co najważniejsze, od 6 lat utrzymuje wagę 75-77 kg, aktywnie ścigając się w amerykańskich czasówkach i gravelach. Raz w tygodniu pozwala sobie na burgera i przy swojej aktywności nic nie tyje. Historia Mateusza pokazuje, iż kolarstwo to nie tymczasowa dieta, tylko zmiana stylu życia, która daje trwałe efekty.

Marcin Szulc

“Kilka słów o mojej historii z kolarstwem w kontekście zrzucania wagi. Punkt startowy to był dość słaby – stresująca, siedząca inżynierska praca przy budowie maszyn przemysłowych, całkowity brak sportu i aktywności ruchowej, oraz uwielbienie dla słodyczy. Po ponad 10 latach takiego prowadzenia się, udało mi się uzbierać ponad 100 kg wagi. Trzeba było się wziąć za siebie, bo czułem się jak stary człowiek.

Przyszedł COVID i wsiadłem na rower… zwykły crossowy. Potem już poszło.
W ciągu roku zrzuciłem około 20 kg wagi tylko dzięki kolarstwu. Żadnych diet, po prostu jazda i przede wszystkim trening na rowerze.

Teraz jest mój szósty sezon i ciągle trzymam wagę, jedząc normalnie, tylko dzięki kolarstwu.
Zawsze się można bardziej wyciąć dietą, czy bardziej ustrukturyzowanym podejściem, ale to co osiągnąłem udało się uzyskać adekwatnie bez restrykcji, trenując kolarstwo, ale ciągle na poziomie, gdzie przyjemność jest ważniejsza od treningu.

Kolarstwo jest super sposobem na schudnięcie i utrzymanie wagi. Jest jeden warunek – trzeba lubić jeździć na rowerze.”

2 zdjęcia. Jedno to jak zacząłem jeździć (aka 105+ / 200 FTP), a drugie Tatra 2024 (aka 83 / 300+ FTP)

Co łączy te wszystkie historie?

Patrząc na te 6 transformacji, kilka wzorców rzuca się w oczy. Po pierwsze, nikt nie stosował cudownej diety, leków na odchudzanie ani ekstremalnych metod. Każdy opierał się na rowerze jako głównej formie aktywności i na świadomym podejściu do odżywiania — najczęściej po prostu na liczeniu kalorii i zdrowym rozsądku.

Po drugie, każda transformacja trwała miesiące lub lata. Mirosław potrzebował 5 lat na 53 kg. Jakub ewoluował przez ponad dekadę. Michał stopniowo przechodził od podjazdu pod ZOO do ultramaratonów. To jest realistyczne tempo — i jednocześnie tempo, które daje trwałe rezultaty. Nikt z nich nie wrócił do punktu wyjścia.

Po trzecie — i to jest chyba najważniejsze — dla wszystkich kolarstwo przestało być „narzędziem do odchudzania” i stało się częścią tożsamości. Mirosław nie jest „facetem, który schudł” — jest Mistrzem Świata. Michał nie jeździ „na cardio” — jest ultramaratończykiem. Jakub startuje w zawodach. Adam rozumie fizjologię i świadomie zarządza swoim ciałem. Ta zmiana tożsamości jest tym, co oddziela osoby tracące wagę na stałe od tych, które wracają do punktu wyjścia po każdej diecie.

Jak zacząć? Praktyczny plan na pierwsze 12 tygodni

Jeśli czytasz ten artykuł i myślisz „OK, chcę spróbować”, oto prosty plan na start. Nie jest idealny, bo idealny plan wymaga indywidualnej analizy — Twojego FTP, składu ciała, historii treningowej, dostępnego czasu. Ale jest wystarczająco dobry, żeby ruszyć z miejsca i zobaczyć pierwsze efekty.

Tygodnie 1-4: Budowanie nawyku
3 jazdy tygodniowo. 2 razy po 60-90 minut w tygodniu roboczym w strefie 2 (powinieneś być w stanie prowadzić rozmowę, nie dysząc). 1 raz dłuższa jazda w weekend: 2-3 godziny w strefie 1-2. Na tym etapie cel jest jeden: zbudować regularność. Nie prędkość, nie dystans, nie FTP — regularność. 3 razy w tygodniu, każdego tygodnia, bez wyjątków. Odżywianie: zacznij liczyć kalorie (MyFitnessPal, Fitatu). Przez pierwszy tydzień tylko licz, nie zmieniaj — musisz zobaczyć, ile naprawdę jesz. Potem zredukuj o 200-300 kcal poniżej Twojego TDEE. Zadbaj o białko: 1.6-2.0 g/kg masy docelowej. Pij minimum 2-3 litry wody dziennie.

Tygodnie 5-8: Wprowadzenie struktury
4 jazdy tygodniowo. 2 razy strefa 2 po 60-90 minut. 1 raz sesja z interwałami: po 15-minutowej rozgrzewce 4-6 razy po 4 minuty w strefie 4 (95-105% FTP) z 3-4 minutami aktywnego odpoczynku w strefie 1. 1 raz długa jazda weekendowa: 2.5-4 godziny w strefie 2 z ewentualnymi 2-3 włączeniami Sweet Spot po 8-10 minut (88-94% FTP). Cel: zwiększyć wydatek kaloryczny i rozpocząć budowanie mocy. Na tym etapie powinnaś zacząć zauważać, iż te same trasy jedziesz szybciej, a tętno jest niższe. To jest adaptacja — Twój organizm staje się efektywniejszą maszyną do spalania tłuszczu.

Tygodnie 9-12: Konsolidacja
4-5 jazd tygodniowo: 2 treningi z intensywnością, 2 w strefie 2 i opcjonalnie 1 aktywna regeneracja (30-45 minut bardzo łagodnie w strefie 1). Długa jazda weekendowa: 3-5 godzin. Po 12 tygodniach przy deficycie 500 kcal/dzień powinieneś być 6-8 kg lżejszy. Ale ważniejsze od samej wagi jest to, co się zmieniło pod maską: lepsza wydolność, więcej energii, lepszy sen, mniejsze ciśnienie krwi. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa — bo po 12 tygodniach zwykle ludzie zaczynają się wkręcać. Zaczynają porównywać czasy na Stravie, planują pierwszą setkę, rozglądają się za nowymi trasami. I nagle „program odchudzania” staje się pasją.

Odżywianie kolarza na redukcji — praktyczne zasady

Nie jestem dietetykiem i nie będę udawał, iż nim jestem. Ale przez 13 lat pracy z kolarzami, którzy jednocześnie chcieli zrzucić wagę, wypracowałem kilka zasad, które działają powtarzalnie. Nie są rewolucyjne, nie nadają się na okładkę magazynu fitness, ale są skuteczne.

Zasada pierwsza: jedz normalnie, ale mniej. Brzmi banalnie, ale większość ludzi nie wie, ile naprawdę je. Kiedy mówię nowemu podopiecznemu „policz dokładnie co jesz przez tydzień”, prawie zawsze okazuje się, iż spożywa 500-1000 kcal więcej niż myślał. Łyżeczka oliwy tu, garść orzechów tam, kawa z mlekiem 3 razy dziennie, dressing do sałatki — to wszystko się sumuje. Pierwszy krok to świadomość — trudno zmieniać coś, czego nie mierzysz. Dlatego polecam 2-3 tygodnie dokładnego ważenia i liczenia wszystkiego w aplikacji typu Fitatu lub MyFitnessPal. Nie po to, żebyś liczył kalorie do końca życia — ale żebyś zbudował intuicję i wiedział, co ile kosztuje kalorycznie.

Zasada druga: fueling na rowerze to nie oszustwo. Wielu kolarzy na redukcji boi się jeść na rowerze, bo po co spalać kalorie i jednocześnie je uzupełniać. To jest błąd, który prowadzi do tak zwanego LEA (Low Energy Availability) — zbyt niskiej dostępności energii, która niszczy zdolność regeneracyjną, obniża odporność, zaburza hormony i paradoksalnie spowalnia utratę tłuszczu. Podczas długich jazd (ponad 2 godziny) jedz 30-60 g węglowodanów na godzinę — żel, baton, banan, ryżowafelki. Deficyt kaloryczny tworzysz w ciągu całego dnia i tygodnia, nie podczas samego treningu.

Zasada trzecia: nie eliminuj całych grup pokarmowych. Dieta keto, zero carb, zero sugar — to wszystko brzmi atrakcyjnie w reklamach, ale dla aktywnego kolarza to przepis na katastrofę. Rower to sport głównie aerobowy, ale interwały, podjazdy i wyścigi wymagają glikogenu — czyli węglowodanów. Kolarz na redukcji powinien spożywać około 3-5 g węglowodanów na kg masy ciała w dniach treningowych i 2-3 g w dniach wolnych. Plus wspomniane 1.6-2.0 g białka na kg i 0.8-1.2 g tłuszczu na kg. To są wartości orientacyjne — docelowo warto skonsultować to z dietetykiem sportowym, ale na początek to wystarczający kompas.

Zasada czwarta: nie zapominaj o mikroelementach. Kolarz na redukcji jest szczególnie narażony na niedobory żelaza (zwłaszcza kobiety), magnezu, wapnia i witaminy D. Regularne badania krwi 2 razy w roku to minimum. Nie warto oszczędzać na zdrowiu — anemia z niedoboru żelaza to plaga wśród ambitnych amatorów, którzy dużo trenują i jednocześnie ograniczają spożycie. Objawia się zmęczeniem, spadkiem mocy, dłuższą regeneracją — i często jest błędnie diagnozowana jako przetrenowanie.

Rower jako narzędzie resetu psychicznego

Jest jeszcze jeden wymiar kolarstwa, o którym rzadko się mówi w kontekście odchudzania, a który moim zdaniem jest równie istotny co fizjologia: wpływ na psychikę. Badania jednoznacznie pokazują, iż regularna aktywność aerobowa obniża poziom kortyzolu (hormonu stresu), zwiększa wydzielanie endorfin i serotoniny, poprawia jakość snu i zmniejsza objawy lęku i depresji. Ale kolarstwo ma coś ekstra, czego nie daje bieżnia ani siłownia: krajobraz i wolność.

Kiedy jedziesz 3 godziny przez Bieszczady, Podhale czy podwarszawskie lasy, Twój mózg doświadcza czegoś, co psychologowie nazywają przepływem (flow state). Jesteś w pełni obecny, skoncentrowany na drodze, na oddechu, na kadencji. Problemy z pracy, stres finansowy, trudne relacje — wszystko to oddala się, bo Twój mózg jest zajęty czymś innym. Po takiej jeździe wracasz spokojniejszy, jaśniejszy umysłowo, z lepszym humorem. I to nie jest placebo — to jest mierzalna zmiana poziomu kortyzolu, tętna spoczynkowego i zmienności tętna HRV. Wielu moich podopiecznych monitorujących HRV na Whoopie czy Oura Ringu widzi to w danych — po długiej spokojnej jeździe zmienność tętna rośnie, co jest bezpośrednim wskaźnikiem lepszej regeneracji i niższego stresu.

Dlaczego to ważne w kontekście utraty wagi? Bo stres jest jednym z głównych sabotażystów redukcji. Wysoki kortyzol promuje magazynowanie tłuszczu trzewnego (brzusznego), zaburza gospodarkę insulinową, zwiększa apetyt na przetworzone węglowodany i pogarsza jakość snu — a zły sen to kolejny czynnik hamujący utratę tłuszczu. Rower przerywa ten błędny krąg. Jedziesz, kortyzol spada, śpisz lepiej, regenerujesz się, masz energię, jedziesz dalej. Pozytywna spirala zamiast negatywnej.

Większość moich podopiecznych, którzy zrzucili znaczącą wagę, mówi dokładnie o tym: nie chodziło już o wagę, chodziło o to, jak się czuję. Lepsza energia, lepszy nastrój, lepsza koncentracja w pracy, lepsze relacje z bliskimi. Utrata kilogramów była efektem ubocznym życia, które zaczęło im się układać — a rower był katalizatorem tej zmiany.

Zamiast zakończenia

W świecie, który oferuje Ozempic, Wegovy, diety keto, intermittent fasting, fat burnery i setki innych „skrótów” do utraty wagi, istnieje coś prostego, naturalnego i sprawdzonego od ponad 100 lat. Rower. Urządzenie, które wymaga od Ciebie jednej decyzji: wsiąść i jechać.

Mirosław zrzucił 53 kg i został Mistrzem Świata. Jakub z 105 kg do 78 kg i startuje w zawodach. Michał z braku aktywności do 1008 km non stop. Adam z „dość, muszę coś zmienić” do minus 26 kg i pełni energii. Adrian minus 19 kg mimo pracy w spedycji. Marek prowadzący firmę w Warszawie znalazł czas na rower i na siebie.

Żadne z nich nie brało leków na odchudzanie. Żadne nie stosowało ekstremalnej diety. Każde jadło normalnie, liczyło kalorie i jeździło na rowerze. Proste? Proste. Łatwe? Nie. Ale warte każdej minuty spędzonej w siodle.

Bo kolarstwo nie zmienia tylko Twojej wagi. Zmienia to, jak się czujesz, jak śpisz, jak wyglądasz, jak myślisz o sobie. Zmienia to, czego uważasz za możliwe. I to jest coś, czego żadna tabletka Ci nie da.

Więc jeżeli rozmyślasz, czy to ma sens — nie rozmyślaj. Wsiądź na rower. Reszta przyjdzie sama.

O autorze:
Arkadiusz Kogut — trener kolarstwa z certyfikatem UCI (jeden z ok. 10 trenerów rocznie certyfikowanych w Aigle, Szwajcaria). Założyciel Way2Champ, autor książki „Od rowerzysty do kolarza”. Przez ponad 13 lat pracował z ponad 1000 kolarzy, w tym z zawodnikami Tour de France (Katarzyna Niewiadoma, Rafał Majka). Specjalizuje się w metodologii opartej o miernik mocy wg Huntera Allena i dr. Andrew Coggana oraz testach metabolicznych INSCYD.

Kontakt: [email protected] | way2champ.com | way2champ.pl

Idź do oryginalnego materiału