
Imponujący kosmiczny podbój ma być dowodem na to, iż stać nas na rzeczy wielkie. Tylko dlaczego tak rzadko?
Artemis 2 to pierwsza od ponad 50 lat załogowa misja w kierunku Księżyca. Chyba nie trzeba nic więcej dodawać, aby poczuć ważność tego wydarzenia. To nie jest zwykła wycieczka turystyczna, jak wyjaśniał na naszych łamach Bogdan Stech, ale „rygorystyczny sprawdzian technologii, ludzkiej wytrzymałości i procedur ratunkowych przed stałym powrotem ludzkości na Księżyc”.
I tak piątego dnia „załoga przestanie uciekać od swojej rodzinnej planety, a zacznie spadać w kierunku Księżyca, całkowicie poddając się jego kosmicznej masie”. Brzmi to ekscytująco. A my będziemy tego świadkami.
Czasami zastanawiam się, jakie były reakcje naszych rodaków na wieść o tym, iż pierwszy człowiek znalazł się w kosmosie albo postawił stopę na Księżycu. Jak odbierano pierwszego Polaka w przestrzeni kosmicznej i co się wtedy w związku z tym czuło. Zapytałem o to kiedyś Marcina Pryta, łódzkiego muzyka i poetę, lidera 19 Wiosen i kilku innych istotnych projektów. Zazdroszczę mu jego patrzenia na kosmos, jako wielkiej idei będącej dowodem na to, iż człowiek dosłownie i w przenośni może wznieść się ponad wszystko.
Kiedy Hermaszewski poleciał w kosmos miałem siedem lat. Akurat tak się złożyło, iż komuna chciała przyćmić Hermaszewskim wybór Karola Wojtyły na papieża, więc łatwo było chłonąć propagandę. Dla mnie już wcześniej kosmos był wyjątkowy, czułem, iż to moja bajka. Otaczały mnie takie pisma dla dzieciaków jak „Płomyczek”, „Młody technik”, „Astronautyka” czy „Horyzonty techniki”, za pomocą którego jako młode dziecko, kilka rozumiejąc, fascynowałem się prototypami wahadłowców. choćby miałem naszywkę Apollo 14, bo obliczyłem sobie, iż kiedy trwał lot w ramach tego programu to moi rodzice mnie właśnie robili. (…) Kiedy Hermaszewski leciał w kosmos, mieszkałem jeszcze na strychu na Piotrkowskiej. Z wnoszonym węglem, bez ciepłej wody. Kiedy wyprowadziliśmy się do bloków na Widzewie przeżyliśmy skok cywilizacyjny. Kiedy byłem dzieckiem i myślałem o 2000 roku, to obliczyłem, iż będę miał 29 lat. Wtedy leciał serial „Kosmos 1999” i byłem przekonany, iż Księżyc będzie na wyciągnięcie ręki.
„Uciekłbym już w kosmos”, śpiewa Pryt na ostatniej płycie 19 Wiosen. Kosmos to cel i pragnienie, aby oderwać się i zostawić za sobą na Ziemi te wszystkie ludzkie okropieństwa. Tyle iż idea zderza się z rzeczywistością – jest marzenie, ale niemożliwe do zrealizowania, bo przecież misje kosmiczne to zabawa dla bogatych. Zostaje koncept, coś na kształt manifestu. Tylko czy aż? Jednak aż, skoro Pryt wykrzykuje: „Ze strachu się nie kulę, uzbieram miliard, pożegnam czule”.
Ogarnia mnie ta błoga naiwność, kiedy patrzę na Księżyc.
Lubię, gdy ludzie ekscytują się ważnymi wydarzeniami, jak porywa ich zorza, zaćmienie czy inne zjawiska na niebie. Gdy wszyscy zbierają się, żeby podziwiać np. efektowny zachód słońca nad morzem, myślę, iż Oscar Wilde kilka się pomylił pisząc: „Mając wolność, kwiaty, książki i księżyc, któż nie byłby w pełni szczęśliwy?”.
Lubię myśleć, iż jest coś ponad – niemijający zachwyt nad pełnią Księżyca czy zachodem słońca, który dzielimy pewnie z przodkami sprzed tysięcy lat.
A mimo to jakoś nie niesie mnie ta fala zachwytu, która przetacza się przez media społecznościowe. Nie brakuje opinii, iż Artemis 2 to dowód na to, iż ludzkość mimo wszystkich swoich niezaprzeczalnych wad jest w stanie przekraczać granice, działać w imię wyższych celów i jak chcemy, to możemy, co jest piękne i wzruszające.
Jednocześnie mignął mi polityczny komentarz. Autor cieszył się, iż prezydent Stanów Zjednoczonych nie powiedział nic o NATO. Ot, w takiej to rzeczywistości żyjemy – odczuwamy ulgę, iż jeden z najważniejszych przywódców nie chlapnął kolejnej głupoty nt. istotnego dla naszego bezpieczeństwa sojuszu. A przecież z łatwością dałoby się znaleźć gorsze dowody na nasze niezbyt sympatyczne położenie, wystarczy odpalić pierwszy lepszy serwis z doniesieniami ze świata. Oni tam hen, daleko będą przemykać nad niewidoczną częścią Księżyca, a tymczasem my drżymy z niepewności, co jeszcze wydarzy się na planecie. I to jest ta wspaniała ludzkość, zdolna do wielkości?
I jasne, tak było od zawsze – wielkie kosmiczne osiągnięcia wcale nie toczyły się w atmosferze powszechnej miłości do bliźniego. Mimo wszystko i tak trudno zachwycać się tym, iż jesteśmy gotowi dokonywać rzeczy wielkich, gdy widzimy, iż łatwiej przychodzi nam czynienie zła i nieszczęścia. Spektakularne kosmiczne wojaże popychające naukę do przodu to wciąż raczej wyjątek, a nie reguła, więc dlatego o zachwyt niełatwo. A jeszcze trudniej uwierzyć, iż tak mogłoby być częściej.
Co więcej, to oderwanie się od codzienności oznacza, iż za chwilę roztrzaskamy się o rzeczywistość
Bolesną i przykrą, bo przypominającą o tym, iż ludzkość, która jak się spręży, to może, częściej woli tę energię przeznaczać na mniej szlachetne aktywności. Może więc lepiej nie łudzić się, nie udawać, nie mówić: „no tak, ale spójrzcie na tę misję!”.
Żyją we mnie dwa wilki: jeden chciałby cieszyć się z przekraczania granic, drugi wolałby zejść na Ziemię i zająć się na poważnie problemami, które nas trapią. Są one przyziemne, ale ich rozwiązanie naprawdę zmieniłoby życie ludzkości.















