
Służby rozebrały i zabezpieczyły rosyjskiego drona z Rusinowa. Część jego elementów uznano za potencjalnie niebezpieczne.
Rosyjski dron znaleziony koło Jarosławca przestał już być aż taką zagadką, jak do tej pory. Do wnętrza maszyny weszli specjaliści od materiałów wybuchowych, chemicy, kontrterroryści, komandosi i Żandarmeria Wojskowa. Część elementów uznano za potencjalnie niebezpieczne i zneutralizowano jeszcze na plaży. Sama Gerbera została następnie zabezpieczona i przewieziona do dalszych badań laboratoryjnych. Dla wojska najcenniejsze może być teraz nie to, co trzeba było wysadzić, ale to, co udało się zachować.
Najpierw sprawdzili, czy w ogóle można do niego podejść
Dron znaleziony 14 września w rejonie Rusinowa koło Jarosławca od początku traktowano jak potencjalnie niebezpieczny obiekt wojskowy. I słusznie, bo choćby o ile bezzałogowiec nie ma klasycznej głowicy bojowej, przez cały czas może zawierać paliwo, akumulatory, niewielkie ładunki pirotechniczne albo mechanizmy autodestrukcji. Do tego dochodzi ryzyko substancji chemicznych i pozostałości materiałów wybuchowych. Dlatego cały proces wyglądał zupełnie inaczej, niż zwykłe oględziny rozbitego drona.
Na miejscu pracowali biegli z Laboratorium Kryminalistycznego Żandarmerii Wojskowej, Sekcja Neutralizacji Grupy Pirotechnicznej Oddziału Specjalnego ŻW, kontrterroryści policji, żołnierze Jednostki Wojskowych Komandosów oraz wojskowi z Ustki. Najpierw wykluczono zagrożenie chemiczne, radiologiczne i biologiczne. Potem przyszła kolej na pirotechnikę.
Żandarmeria Wojskowa podała, iż przy użyciu specjalistycznego sprzętu wydobyto, zbadano, a następnie zneutralizowano elementy drona, które mogły stanowić zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzi. To właśnie podczas tych prac we wtorek wieczorem na plaży było słychać eksplozję. TVN24 informował z kolei, iż pirotechnicy zdetonowali część elementów maszyny. Nie oznacza to jednak z całą pewnością, iż Gerbera miała klasyczną głowicę bojową.
RMF24 podaje natomiast nieoficjalnie, iż dron miał niewielką ilość materiału wybuchowego przeznaczonego prawdopodobnie do autodestrukcji. Taki ładunek mógłby zniszczyć elektronikę i wrażliwe podzespoły w razie awarii albo ryzyka przejęcia maszyny przez przeciwnika.
Taki mechanizm miałby sporo sensu właśnie w dronie rozpoznawczym. o ile urządzenie niesie kamery, systemy łączności i elementy nawigacji, jego zdobycie przez drugą stronę może zdradzić znacznie więcej niż sama utrata taniej konstrukcji z pianki i sklejki. Na razie oficjalne komunikaty są jednak znacznie bardziej ostrożne. Wojsko nie potwierdziło rodzaju zneutralizowanego materiału ani jego ilości.
To raczej nie była latająca bomba
Już wcześniej Władysław Kosiniak-Kamysz informował, iż znaleziony bezzałogowiec nie wyglądał na uzbrojony i miał więcej cech maszyny zwiadowczej niż bojowej. To pasuje do sposobu, w jaki Rosjanie wykorzystują rodzinę Gerbera.
Podstawowa wersja jest tanim dronem-wabikiem. Ma lecieć razem z Geraniami i Shahedami, tworząc dziesiątki dodatkowych celów na ekranach radarów i zmuszając obronę przeciwlotniczą do reagowania. Ale Gerbera nie jest jedną, sztywno zdefiniowaną konstrukcją.
Ukraiński wywiad klasyfikuje ją jednocześnie jako fałszywy cel, dron rozpoznawczy i maszynę zdolną do przenoszenia ładunku. Znane warianty mogą otrzymywać kamery, systemy przekazywania danych, wyposażenie do rozpoznania elektronicznego, a niektóre także głowicę o masie do około 10 kg. To właśnie dlatego samo stwierdzenie Gerbera nie odpowiada jeszcze na pytanie, co konkretnie robił egzemplarz znaleziony w Polsce. Co więcej, MON podejrzewa, iż może chodzić o nowszą wersję, której polskie służby wcześniej nie badały.
Klasyczna Gerbera jest tak naprawdę bardzo prostą konstrukcją. Kadłub wykonuje się w dużej części z pianki, a wewnętrzny szkielet ze sklejki. To materiały tanie i łatwe w obróbce, ale mają jeszcze jedną zaletę: znacznie słabiej odbijają fale radarowe niż duża ilość metalu. Według ukraińskich danych standardowa maszyna ma około 2,5 m rozpiętości skrzydeł, maksymalną masę startową około 18 kg i może osiągać około 160 km/h. Deklarowany zasięg dochodzi do 600 km.
Zwykła Gerbera jest przy tym dużo tańsza od Shaheda/Gerani, ale właśnie o to chodzi. Rosja może wysłać wiele takich urządzeń razem z adekwatnymi środkami uderzeniowymi, licząc na to, iż obrona powietrzna będzie musiała potraktować wszystkie jako potencjalnie groźne. o ile część egzemplarzy dostaje sprzęt zwiadowczy, rola robi się jeszcze ciekawsza. Dron może sprawdzać, skąd pracują radary, obserwować skutki uderzeń albo przekazywać informacje innym maszynom.
Ten egzemplarz może powiedzieć nam bardzo dużo
Największym prezentem dla polskich specjalistów jest tak naprawdę sam stan drona. Według nieoficjalnych informacji RMF24 maszyna zachowała się bardzo dobrze. o ile to prawda, wojsko dostało coś znacznie cenniejszego niż kilka spalonych fragmentów wyciągniętych z krateru. Cały egzemplarz pozwala przeanalizować sposób montażu, rozmieszczenie anten, elektronikę, system sterowania, nawigację, łączność i źródła zasilania.
Każdy numer seryjny na układzie scalonym może być interesujący. Każdy moduł radiowy można sprawdzić. Każdą antenę można zmierzyć i ustalić, na jakich częstotliwościach pracowała.
W przypadku rosyjskich dronów to szczególnie istotne, bo wcześniejsze analizy Gerber pokazywały szerokie wykorzystanie komponentów produkowanych poza Rosją, w tym zachodnich układów elektronicznych. o ile ten egzemplarz jest rzeczywiście nową wersją, porównanie jego wnętrza z wcześniejszymi Gerberami może pokazać, co Rosjanie zmienili: czy poprawili odporność na zakłócenia, dołożyli nową łączność, zmienili kamerę albo przebudowali nawigację.
Najcenniejsza część dopiero się zaczyna
Dron został wywieziony z plaży w nocy z wtorku na środę około godz. 2:20. Teraz zaczyna się spokojniejsza, ale z wojskowego punktu widzenia znacznie ciekawsza część całej operacji. Specjaliści mogą rozebrać urządzenie element po elemencie i ustalić, czym dokładnie różni się od znanych Gerber.
Być może okaże się, iż w Bałtyku wylądował zwykły zwiadowczy wariant, który Rosjanie zgubili podczas manewrów. Być może znajdziemy coś, czego wcześniej w tej rodzinie dronów nie widziano.
Najważniejsze jest jednak to, iż tym razem rosyjska maszyna nie rozbiła się na setki kawałków ani nie spłonęła. Wpadła do morza, dopłynęła do polskiego brzegu i została przejęta w stanie pozwalającym ją zbadać. Rosjanie stracili drona. Polacy dostali do laboratorium egzemplarz, który może dokładnie pokazać, jak jest zbudowany.
*Źródło grafiki wprowadzającej: Dpsu.gov.ua, wikimedia / jakkapan21, Getty Images, Canva Pro













